2 czerwca 2013

Rozdział 9




[Kai]

Przymykam oczy i patrzę w dal. Jest pięknie. Słońce świeci na niebie.  Wzdycham. Rozglądam się i szukam  znajomych twarzy. Nikogo nie dostrzegam. ‘Nie ma Takao’– myślę. Schodzę po wąskich schodach i staje na asfaltowej płycie lotniska.
-Nienawidzę słońca. – słyszę przy uchu głos Tali. Patrzę na czerwonowłosego przez chwilę, po czym odwracam wzrok.
-Przesadzasz. – mówię i kieruję się w stronę budynku. Ivanov wzrusza ramionami. Idę i zauważam tłum reporterów, kłębiących się wokół samolotu. Nie zatrzymuje się. Obserwuje. Dostrzegam nową drużynę. W milczeniu schodzą i słuchają komentarzy paparazzi.
- Jak to się stało, że nadal uczestniczycie w zawodach? – pyta jeden.
- Czyżby ta historia o oszustwie była tylko kłamstwem? – przerywa drugi.
-Nie odpowiemy na żadne z waszych pytań. – słyszę dziewczęcy głos.  Zatrzymuje wzrok na fioletowowłosej dziewczynie – Amandzie. Tak ma na imię. Jej oczy płoną czystą wściekłością i determinacją. Bez słowa omija natrętnych reporterów.
-Mają przechlapane. – mówi  Rosjanin. Pojawił się jakby znikąd. ‘Nie lubię jak tak robi’– myślę. Odwracam wzrok od tej żenującej sceny i patrzę w purpurowe oczy kapitana. Wzruszam ramionami. Nie obchodzi mnie to, wcale.


*


[Amanda]

Jestem zmęczona i to bardzo. Ci dziennikarze mnie zdenerwowali. Ich pytania, podejrzenia. Czysty absurd. Westchnęłam. Przecieram spoconą dłonią twarz. Mam dość. Przymykam oczy. Wzdycham cicho. ‘Duszę się’- myślę.  Podnoszę głowę i spoglądam w drzwi. Paloma poszła coś zjeść z chłopakami. Nie jestem głodna ani trochę. Wstaje i wychodzę. Zatrzaskuje za sobą drzwi. Stoję w szerokim  korytarzu hotelu. Jest hojnie udekorowany.  Czerwony dywan, obrazy wiszące na ścianach a także donica z kwiatem. ‘Jak w bajce’ – myślę. Wyciągam telefon z przedniej kieszeni spódnicy. Zgrabnie naciskam kolejno wszystkie guziczki tworząc wiadomość i wysyłam do Dicarlo.
„Idę się przejść, wrócę niebawem.”
Krótka choć treściwa informacja. Nadchodzi szybko odpowiedź.
„Ok.”
Wkładam urządzenie z powrotem do kieszeni i idę przed siebie.


Wychodzę na zewnątrz i  wzdycham z ulgą. Czuję promienie słońca na skórze. Jest przyjemnie. Dociera do mnie gwar rozmów i szum samochodów. Rozglądam się i idę wzdłuż chodnika. Idę i rozkoszuje się chwilą spokoju i wolności. Ludzie przechodzą obok, lecz nie zauważają mnie. Są zbyt pochłonięci własnymi sprawami. Cieszę się, że nie dostrzegam żadnego dziennikarza. Uśmiecham się i czuję wiatr we włosach. Przechodzę obok boiska, skąd dobiega hałas i krzyki. Przystaję i patrzę na grupkę dzieciaków, grających w beyblade. Śmieją się i z radością patrzą na wirujące dyski. ‘Czemu ja też nie mogę się cieszyć?’ – myślę. Odchodzę za nim ktokolwiek mnie zauważa.
Nowy York jest miastem, które mnie intryguje. Jest na pewien sposób piękne a zarazem przerażające. To głupie jednak prawdziwe.  Ludzie wyglądają a także zachowują się inaczej. Można by rzec, że są inni. Może dlatego nie zdziwiłam się, gdy podeszło do mnie czterech chłopaków.  Ich spojrzenia utkwione we mnie, wyrażały wyraźną niechęć i pogardę. Powinnam była uciec. Jednak tego nie zrobiłam. Jestem zbyt dumna i to okazało się moją zgubą.
-Zgubiłaś się? – pyta jeden, osiłek.
-Nie. – mówię zgodnie z prawdą. Czarnoskóry unosi brew, zdziwiony.
- Chyba jednak tak. – odpowiada drugi. Marszczę brwi, przygotowana na to co nastąpi. Mija może sekunda, gdy nieznajomi wyciągają ku mnie swe dyski z wyrzutniami.
-To jak zagramy? – To nie było pytanie lecz stwierdzenie faktu. Wyciągam swój dysk.  
-Pewnie.

*

[Kai]

             Patrzę jak gra. Jej szary dysk śmigał od jednego przeciwnika do drugiego. Bez zastanowienia pcha się w paszcze lwa. Zapomniała, że wartość liczebna ma znaczenie. Ona jest jedna a ich czterech. Ta walka jest skazana na porażkę. Wiedziała o tym dobrze, lecz zaryzykowała. Nie drgnąłem, gdy jej dysk stracił kawałek części. Jej przeciwnicy są brutalni pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Ich masywne dyski, mocno uderzają w dysk dziewczyny, doszczętnie go niszcząc. Posypały się kawałki i odłamki, niegdyś tego co było dyskiem.
-Nie. – Jej cichy głos, uświadomił mi co się teraz stanie. Spoglądałem na chłopaków, którzy stali, wpatrzeni w fioletowowłosą. Opadła z wdziękiem na kolana i schowała twarz w dłoniach.
-Nie. – Jej jęki są wyraźnym sygnałem dla nieznajomych.
-Nie skończyliśmy. – rzekł zielonowłosy nicpoń. Ich dyski ‘rzuciły się’ w stronę Amandy. Nie ruszyła się. Wpatrywała się w tępo swój dysk. Skoczyłem i wystrzeliłem dysk, oby tylko nie za późno.


*

[Amanda]

              Nie czułam nic. Tylko dołującą rozpacz.  Patrzyłam bezmyślnie w swój dysk, z którego zostało niewiele. Czułam jak wzbiera się mi na płacz. Łzy płyną po policzkach. Z mego gardła wydobył się szloch.  Wyciągam  niezdarnie rękę i zbieram metalowe części. Moje ciało zaczęło drgać. Całkiem straciła czucie w dłoniach.   Oczy zaszły mgłą. Patrzyłam na szare plamy na mojej dłoni. Przycisnęłam je mocno do piersi, chcąc poczuć ich ciepło. Łkałam, myśląc jak beznadziejnie postąpiłam. ‘Jak mogłam być tak głupia?!’ – myślę. Mogłam. Zrobiłam to co zrobiłam. Teraz przyszło mi za to zapłacić. Mój słaby jęk, roznosi się po przestrzeni. Chcę mi się wyć z bólu. Nie panuje nad sobą.  Została mi po nim tylko Ta pamiątka. Teraz nie mam nic. Nic. ‘Jesse, przepraszam’– myślę, zaciskam oczy. Gdzieś w oddali słyszę głosy.  Szum dysków na nierównej powierzchni wydaje się być wyraźny. Padam na mnie cień. Nie drgam. Ostry krzyk przecina ciszę. Głosy cichną. Czuję jak ziemia dudni od kroków. Ktoś krzyczy, ktoś ucieka. Pociągam nosem i patrzę przed siebie. Widzę niewyraźną sylwetkę chłopaka. Granatowe włosy. Ciemna bluza. Zastygam bezruchu. Moje serce bije mocniej. Niemal wyrywa się z piersi. ’Jesse’ – myślę. Mrugam, niedowierzając. Osobnik odwraca się wolno w moją stronę. Czas pryska. Patrzę na nieznajomego i zastanawiam się, kim jest. Nie znam go. Czuję uścisk na sercu i niewyobrażalny ból.
-To nie on. – szepcze.
-A kim mam być? – pyta.
-Nikim. – mówię. Zapada cisza. Nie słyszę gwaru, który dochodzi z ulicy. Powoli przecieram ręką wilgotne oczy.  Purpurowooki podaje mi dłoń a ja korzystam z pomocy. Wstaje i chwieje się lekko. Jestem zmęczona i zapewne wyglądam okropnie. Przyglądam się chłopakowi. Jest wyższy trochę ode mnie. Ubrany w fioletowe spodnie i bluzkę.  Wokół szyi, zawiązany biały szalik, który prawie ciągnie się po ziemi.
-Kim jesteś? – pytam.  Wydaje się być zaskoczony moim pytaniem.
-Kai. – mówi z ociąganiem. Kiwam głową i zapamiętuje jego imię.
-Dziękuję. – mówię i odwracam się do niego plecami. Idę przed siebie. Słyszę kroki. Podąża za mną. Przewracam oczami.
-Po co idziesz za Mną? – pytam zła.
-Źle wyglądasz. – mówi, zrównując się ze mną. Prycham z pogardą.
-Nie potrzebna mi twoja pomoc. – mówię z naciskiem. Patrzę na niego gniewnie. Nic sobie z tego nie robi.
- Tak jak teraz? – Milczę. Wiem, że ma rację. Zaciskam usta. Znajdujemy się na ulicy, ruchliwej i pełnej życia. Idę i spoglądam na witryny sklepowe.
-Jestem głodna. – wyrywa mi się. Jestem zażenowana swoją postawą. Hiwatari kiwa głową i bez słowa wchodzimy do kawiarni. Gdy wchodzimy wszyscy się na nas patrzą. Nie na nas tylko na Japończyka. On jednak ignoruje ciekawe spojrzenia klientów i siada przy stoliku. Siadam obok na drewnianym krześle i biorę do ręki menu. Same słodkości. Lubię słodycze.  Podchodzi kelnerka i zamawiamy: ja sok pomarańczowy i szarlotkę a Kai herbatę i precelka. Dziewczyna szybko zapisuje i odchodzi. Milczymy. Nie mam ochoty rozmawiać, chłopak też nie. Po chwili są nasze zamówienia. Granatowłosy zaciska zręcznie  palce na  uchwycie od filiżanki i sączy napój. Patrzę na niego, zafascynowana.  Gracja z jaką pije płyn wydaje się być jego wrodzoną cechą. Jakby był stworzony tylko do tego: picia herbaty i siadania z nonszalancją na krześle. Uśmiecham się i pije sok. Nie wygląda na takiego jakim jest. Spogląda na mnie z irytacją.
-Czemu się tak patrzysz?  - Nie odpowiadam zbyt pochłonięta ciastem, które smakuje wybornie.
-Przepraszam, jeśli Cię to uraziło. – mówię i myślę czy zadać mu pytanie. ‘Czy jesteś z tych paniczyków, którzy boją się zadawać z pospólstwem?’   Mam ochotę je zadać. Jest inny to widać.
-Po co mi pomogłeś? – pytam, między jednym kęsem a drugim.
-A nie powinienem? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Zastanowiłam się przez chwilę.
-Cóż. Chciałabym wiedzieć jakie pobudki Tobą kierowały. – mówię, patrząc na niedojedzoną szarlotkę. – Chyba wiesz o mojej drużynie i pewnym kłopocie? Zapewne reszta drużyn nas nie uznaje w rywalizacji do tytułu mistrza świata w beybladingu. – Jego milczenie tylko potwierdza moją tezę.
-Nie chce o tym rozmawiać. – mówi, bez emocji pijąc herbatę. Wzruszam ramionami.
-Dobra. – Zjadam szarlotkę i  czuję słodycz w ustach. Popijam sokiem i wstaje, kładąc pieniądze na stoliku. Kai podąża za mną, co mnie dziwi.
-Odprowadzę Cię. – Nie protestuje. Wychodzimy z kawiarni i kierujemy się w stronę hotelu. Dziwnie się czuję idąc obok Hiwatari’ego, na którego spoglądają wszystkie dziewczynę jakie naplotkujemy na drodze. Bleyder je ignoruje skutecznie. Niemal nie zauważa ich istnienia. Chce mi się śmiać. Jednak powstrzymuje się. Nie rozmawiamy ze sobą, znowu. Jego obecność mi wystarcza, w zupełności. Mija może z dziesięć minut, gdy docieramy pod drzwi hotelu. Zatrzymujemy się. Niepewnie patrzę na chłopaka. Chcę coś powiedzieć, lecz mnie uprzedza.
- Następnym razem Ci nie pomogę, pamiętaj. – mówi i odchodzi. Patrzę jak idzie sztywno przez zatłoczony chodnik.
-Ok. – mówię i wchodzę do wnętrza budowli.

*
Jest rozdział, nieudany.

2 komentarze:

  1. W sumie to rozdział całkiem udany, nie wiem, dlaczego narzekasz :P Cieszę się, że Kai został wprowadzony bezpośrednio do akcji. Ta notka jest dla mnie bardziej zrozumiała niż poprzednie. Zdecydowanie jestem na TAK. Oczywiście czekam na kolejną część. I wielki plus za nowy wygląd bloga ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. hehe:) to było fajne:):) dobrze, że jej pomógł:):) szkoda, ze przegrała... a ja juz myslałam, że jej postawi w tej kawiarni..a ona sama zapłaciła:0 dobrze, ze ja odprowadził do hotelu:) notka fajna:) czekam na nexa i sorki, ze sie tak dlugo nie odzywałam:) Pozdawiam:)

    OdpowiedzUsuń