16 czerwca 2013

Rozdział 10




[Amanda]

Przechodzę przez hol i kieruje się w stronę schodów. Mój pokój mieści się na drugim piętrze. To nie daleko. Nie muszę korzystać z zatłoczonej windy. Idę i myślę. Smętnie patrzę na swój dysk. Nie pozostało po nim wiele. Chce mi się płakać, lecz powstrzymuje się. Staje na korytarzu i przystaje. Patrzę na obraz, który przedstawia martwą naturę. Kręcę głową i wchodzę do pokoju. Panuje półmrok, okno jest zasłonięte. Paloma leży na łóżku i wzdycha.
-Gdzie byłaś? -pyta.
-Przejść się. – mówię i siadam na łóżku. Dicarlo wstaje i spogląda na moje dłonie. Patrzy zmartwiona.
-Co się stało?
-Zniszczyli mój dysk. – wykrztuszam i płacze. Nie mogę powstrzymać łez. Jest mi smutno i źle. Przyjaciółka pociesza mnie.
-Będzie dobrze. Będziesz miała inny dysk. – Kładzie mi rękę na ramieniu. Kręcę głową.
-Lecz nigdy taki jak ten. – mówię i  dławię się śliną. Brązowowłosa milczy, ja też.

Mija mi po dziesięciu minutach. Do pokoju wkracza Santiago, bez ostrzeżenia.
-Jest problem. - oznajmia. Ciarki przechodzą mi po plecach. Jestem rozbita i zdołowana. Patrzy na moją twarz i zauważa ślady łez.
-Co się stało? – pyta. Wyręcza mnie przyjaciółka.
-Zniszczyli jej dysk. – Chłopak milczy. Twarz mu pociemniała. Zaciska pięści.
-Chciałeś coś? – pytam, zanim zrobi coś głupiego. Rozluźnia się, trochę.
-Musimy  stawić się na stadionie. Chodzi o tą drużynę, z którą wygraliśmy podobno oszukując. – Kiwam wolno głową. ‘Do tego doszło’ – myślę.
-Jedziemy. –mówię i wstaje. Kładę odłamki dysku na stolik niemal z czułością.
-Na pewno? – pyta. Martwi się.
-Tak.

Stadion jest piękny i duży. Nowoczesny i wygodny. Jednak nie budzi we mnie ciepłych uczuć. Sztywno idę z  Santiago i Dicarlo do środka. Brązowooka rozgląda się wokół, zaciekawiona. Wszystko tu jest idealne zbyt idealne. Słyszę głosy, które stają się coraz głośniejsze. Wychodzimy za zakrętu.  Widzę grupkę osób, rozmawiających ze sobą. Marszczę brwi. Zauważam pana Dicenson’a, który  rozmawia z mężczyzną. Zauważam Kai’a stojącego przy ścianie. Milczy i ma zamknięte oczy. Nagle wszyscy milkną, widząc nas. Nieznany mi chłopak o niebieskich włosa unosi palec, wskazuje nas.
-Oszuści! – Szatyn chcę się na niego rzucić. Powstrzymuje go. Nie potrzebne są nam nowe problemy. Ignoruje chłopaka. Udaję, że go nie ma. Jest zły.
-Cieszę się, że tak szybko przybiliście. – odzywa się mężczyzna. – Jestem Reymond Matterdew i jestem dyrektorem tego stadionu. -  Jest wysoki i schludnie ubrany. Ma krótkie popielate włosy i bystre, bursztynowe oczy. Wydaje się miły. Kiwamy głową.
-Chyba wiecie o co chodzi? – Jego głos jest szorstki i opanowany.
-Dobrze wiedzą. – wtrąca się kapitan ów nieznanej mi drużyny.  – Oszukiwali i zajęli nasze miejsce! – mówi głośno i wyraźnie. Zachowuje się dziecinnie. Wkurzał mnie.
-Uważam, że powinno się ich zdyskwalifikować. – wtrąca się brązowowłosa dziewczyna, mierząc mnie krytycznym spojrzeniem. Jej czerwone ubranie przypominał mi, strój toreadora, który walczy z bykami.
Nie lubi mnie, z resztą ja jej też.
-Dlaczego? – pytam. Hindus stojący obok wydaje się być zdziwioną moim pytaniem.
- A co powinniśmy zrobić według Ciebie? – pyta. Uśmiecham się.
-Możemy zagrać jeszcze raz z… - przypomina mi się nazwa drużyny. – The Riwals. Jeśli my wygramy to zostajemy, jeśli jednak oni wygrają to zajmą nasz miejsce. – Ramirez spojrzał na mnie   zaskoczony. Chciał zaprotestować. – To chyba proste rozwiązanie czyż nie? – pytam. Nie uzyskuje odpowiedzi. Dyrektor stadionu myśli, zastanawia się.
- Dobry pomysł. – przytakuje. Odwraca się i patrzy na kapitana The Riwals.
-Zgadzamy się. – mówi pozbawionym emocji głosem. Patrzy na mnie ze złością i z nieskrywaną pogardą.
-To dobrze. To jutro o dziewiątej rozpocznie się walka. Trochę przesuniemy pierwszą rundę turnieju i będzie dobrze.  – mówi i spogląda na staruszka. Pan Dicenson kiwa głową. Wszystko uzgodnione, możemy iść.
-Jestem ciekawy jak poradzisz sobie bez dysku?- odzywa się niebiesko włosy. Podnoszę wzrok i posyłam mu ostre spojrzenie. Blednie . ‘A więc to on’ – myślę. Uśmiecham się szczerze.
-Zobaczysz. – Wychodzimy.


*


[Kai]

Stoję i patrzę na zebranie. Nie interesuje mnie to. Nadchodzi drużyna Black Dragoons. Wszyscy patrzą na nich z obrzydzeniem. Przymykam oczy i wsłuchuje się w rozmowę.
-Jestem ciekawy jak poradzisz sobie bez dysku? – Słyszę. Otwieram oczy i spoglądam  na chłopaka. ‘ To on’ – myślę. Patrzę na Amande. Ona wie. Domyśla się. Widzę jej uśmiech a w oczach płonie ogień. Uśmiecham się, nieznacznie. ‘Zapowiada się ciekawa walka’ – myślę. Wszyscy się rozchodzą. Podchodzi Tala. Jest trochę wkurzony.
-Nie wiem, po co nas wezwali. – mówi do siebie. Przystaje i patrzy na mnie. Wzruszam ramionami i idę w stronę wyjścia. Słyszę jak cicho wzdycha.


*


[Amanda]

Jestem w pokoju. Patrzę  na zniszczony dysk. Wzdycham i klękam przed łóżkiem. Wyjmuje walizkę i ją otwieram. Z środku są różne części.
            -Zapowiada się ciężka noc. – mówię. I zabieram się do konstruowania dysku. Nowego.

Ranek nadchodzi zbyt szybko. Przecieram oczy i patrzę na zegar. Jest siódma. Trzeba się zbierać. Wygrzebuje się z pościeli i głośno ziewam. Paloma wychodzi z łazienki ubrana w sukienkę. Witamy się, po czym wkraczam do łazienki. Nie mija pięć minut i jestem gotowa. Schodzimy na dół i jemy śniadanie, cała drużyna. Milczymy, pogrążeni w myślach. Kończymy posiłek. Z trudem przełykam ostatni kęs kanapki. Wychodzimy z hotelu i idziemy do busa, który stoi przy krawężniku.  Wchodzimy i odjeżdżamy.


*


[Kai]

Pije herbatę i patrzę jak Tala zjada jajecznice. Zerkam w bok. Dostrzegam niektóre drużyny, które przebywają w tym hotelu. Jedzą i rozmawiają.
-…ciekawe kto wygra. – zastanawia się Raul. Jego siostra je i macha widelcem, tuż przed jego twarzą.
- Cóż. Kto wie. Choć mam cichą nadzieję, że Black Dragoons nie przejdą. – wkłada do ust kawałek mięsa i żuję go starannie. Czerwonowłosy milczy i patrzy na dziewczynę.
-Ja bym tam ich nie skreślał. – oznajmia nagle Romeo. Rodzeństwo patrzy na niego ze zdziwieniem.
-Czemu? Chyba wiesz co zrobili?! – Julia unosi się, rozdrażniona. Mężczyzna kręci głową.
-Jaką masz pewność, że to oni kłamią? – pyta. Nikt nie odpowiada. Kiwa głową, zadowolony. – Musicie się jeszcze wiele nauczyć. – mówi. – Tym bardziej komu ufać a komu nie. Kto kłamie a kto nie. – mówi i wskazuje na szatynkę.
-Uważasz, że oni kłamią? – pyta i patrzy na talerz.
-Nie. Uważam, że każdemu zasługuje na szanse.  – Zapada cisza. Słyszę tylko cichy brzdęk naczyń i gwar rozmów z ulicy.
-Gdzie BEGA? – pyta zielonooki.
-Zapewne pojechali na stadion obejrzeć mecz. – mówi spokojnie blondyn. Fernandez kiwa głową. – Ja też chętnie zobaczę ten mecz, idziecie? – zwraca się do rodzeństwa. Kiwają przecząco głową.  Romeo wzrusza ramionami. – Jak chcecie byłaby to pouczająca lekcja. – mówi i wychodzi.
Odwracam wzrok i upijam ostatni łyk herbaty. Patrzę na czerwonowłosego, zaciekawiony.
-Idziesz obejrzeć walkę? – pyta niby obojętnie. Purpurowooki patrzy na mnie przez chwilę.
-Wysłałem Bryan’a i  Spencer’a. -  mówi. Kiwam głową. Nawet nie zauważyłem ich zniknięcia. Ivanov o wszystkim pomyślał.


*


[Amanda]

Stadion jest pełny. Zebrał się tłum ludzi, chcąc zobaczyć naszą klęskę. Albo i nie.  Siedzę na ławce na skraju areny i patrzę na przeciwników. Niebieskowłosy chłopak mówi do swoich kolegów i macha rękoma.  Jest zdenerwowany i spięty. ‘Może się boi? ‘ – myślę. Odwracam wzrok i rozglądam się. Mój wzrok zatrzymuje się  na dwóch członków drużyny Neoborg. Siedzą sztywno i są znudzeni. Cicho wzdycham. Podchodzi do nas  Reymond wraz z mężczyzną, który trzyma w dłoni pudełko. Matterdew uśmiecha się pobłażliwie.
-To jest Mitch. Musiałbym Was prosić… - nie musiał kończyć. Rozumieliśmy. Po kolei blondyn sprawdził nasze dyski. Był zapewne pracownikiem Dyrektora i to bardzo oddanym. Urządzenie nie wykryło nic szczególnego.  I dlatego Mitch był rozczarowany i to bardzo. Popielatowłosy milczał. Możliwe, że był zdziwiony lecz świetnie to ukrywał.
-No dobrze. To wszystko. – Przywołał na twarz uśmiech, trochę wymuszony. Mitch nie odezwał się tylko poszedł za swoim pracodawcą.
-Ciekawe czemu nie sprawdził dysków The Riwals? – odzywa się Pablo. To nie było pytanie lecz stwierdzenie faktu. Nikt nie odpowiedział nie trzeba było. ‘Nie ufają nam’ – myślę.  Siadamy na drewnianej ławeczce i czekamy. Na arenę wchodzi Dj. Ubrany w czerwony podkoszulek i czarne spodnie. Trzyma mikrofon w dłoni. Tłum wiwatuje lecz zaraz milknie.  Szatyn unosi dłoń i krzyczy:
-Witam Wasz wszystkich w tak piękny dzień ! – Odpowiadają mu radosne okrzyki. – Spotykamy się trochę wcześniej, niż było ustalone… - przerwał, po czym kontynuuje za nim rozbrzmiały głośne protesty – ale zapewne będzie usatysfakcjonowani  dzisiejszym występem. – mówił, chyba w to nie wierząc do końca. – Powitajmy gromkimi brawami drużynę Black Dragoons! – Słyszę buczenie, protesty i obelgi pod naszym adresem. Naprawdę nas nie lubią. To mało powiedziane. Nie przejmuje się. Jeezman chyba tego nie słyszy bądź nie chcę. – i The Riwals! – Blederzy wstają i machają rękoma. Są zadowoleni i zbyt pewni siebie. Mierze ich wzrokiem i zastanawiam się jak ktoś taki zepsuł nam reputację.  Brązowooki uspokaja widownie. – A teraz zacznie się mecz! – mówi z uśmiechem. – Pierwszą walkę stoczą… - urywa. Rafael wstaje i idzie w kierunku czaszy, opanowany. Był dzisiaj cichy i skoncentrowany. Jestem pewna, że wygra. Mam taką nadzieję. Zatrzymuje się na przeciwko chłopaka o włosach barwy miedzi i zimnym, stalowym spojrzeniu.
– A więc pierwszą walkę stoczą Rafael i Fernando. Ciekawe co dyrekcja wymyśliła dla Was. – To mówiąc czasza przepoławia  się na dwie połówki, ukazując górki krajobraz, będący areną do walki. Marszczę brwi. Coś mi się wydaję, iż  czasza jest przygotowana specjalnie dla członka drużyny The Riwals. Nie dla nas. Chyba cały mecz był z góry  przesądzony co do tego kto ma wygrać. Bynajmniej mnie to nie cieszy. Zerkam na Santiago. Patrzy na mnie. On też to wie. Jest źle.

*
Jest rozdział, kolejny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz