16 czerwca 2013

Rozdział 10




[Amanda]

Przechodzę przez hol i kieruje się w stronę schodów. Mój pokój mieści się na drugim piętrze. To nie daleko. Nie muszę korzystać z zatłoczonej windy. Idę i myślę. Smętnie patrzę na swój dysk. Nie pozostało po nim wiele. Chce mi się płakać, lecz powstrzymuje się. Staje na korytarzu i przystaje. Patrzę na obraz, który przedstawia martwą naturę. Kręcę głową i wchodzę do pokoju. Panuje półmrok, okno jest zasłonięte. Paloma leży na łóżku i wzdycha.
-Gdzie byłaś? -pyta.
-Przejść się. – mówię i siadam na łóżku. Dicarlo wstaje i spogląda na moje dłonie. Patrzy zmartwiona.
-Co się stało?
-Zniszczyli mój dysk. – wykrztuszam i płacze. Nie mogę powstrzymać łez. Jest mi smutno i źle. Przyjaciółka pociesza mnie.
-Będzie dobrze. Będziesz miała inny dysk. – Kładzie mi rękę na ramieniu. Kręcę głową.
-Lecz nigdy taki jak ten. – mówię i  dławię się śliną. Brązowowłosa milczy, ja też.

Mija mi po dziesięciu minutach. Do pokoju wkracza Santiago, bez ostrzeżenia.
-Jest problem. - oznajmia. Ciarki przechodzą mi po plecach. Jestem rozbita i zdołowana. Patrzy na moją twarz i zauważa ślady łez.
-Co się stało? – pyta. Wyręcza mnie przyjaciółka.
-Zniszczyli jej dysk. – Chłopak milczy. Twarz mu pociemniała. Zaciska pięści.
-Chciałeś coś? – pytam, zanim zrobi coś głupiego. Rozluźnia się, trochę.
-Musimy  stawić się na stadionie. Chodzi o tą drużynę, z którą wygraliśmy podobno oszukując. – Kiwam wolno głową. ‘Do tego doszło’ – myślę.
-Jedziemy. –mówię i wstaje. Kładę odłamki dysku na stolik niemal z czułością.
-Na pewno? – pyta. Martwi się.
-Tak.

Stadion jest piękny i duży. Nowoczesny i wygodny. Jednak nie budzi we mnie ciepłych uczuć. Sztywno idę z  Santiago i Dicarlo do środka. Brązowooka rozgląda się wokół, zaciekawiona. Wszystko tu jest idealne zbyt idealne. Słyszę głosy, które stają się coraz głośniejsze. Wychodzimy za zakrętu.  Widzę grupkę osób, rozmawiających ze sobą. Marszczę brwi. Zauważam pana Dicenson’a, który  rozmawia z mężczyzną. Zauważam Kai’a stojącego przy ścianie. Milczy i ma zamknięte oczy. Nagle wszyscy milkną, widząc nas. Nieznany mi chłopak o niebieskich włosa unosi palec, wskazuje nas.
-Oszuści! – Szatyn chcę się na niego rzucić. Powstrzymuje go. Nie potrzebne są nam nowe problemy. Ignoruje chłopaka. Udaję, że go nie ma. Jest zły.
-Cieszę się, że tak szybko przybiliście. – odzywa się mężczyzna. – Jestem Reymond Matterdew i jestem dyrektorem tego stadionu. -  Jest wysoki i schludnie ubrany. Ma krótkie popielate włosy i bystre, bursztynowe oczy. Wydaje się miły. Kiwamy głową.
-Chyba wiecie o co chodzi? – Jego głos jest szorstki i opanowany.
-Dobrze wiedzą. – wtrąca się kapitan ów nieznanej mi drużyny.  – Oszukiwali i zajęli nasze miejsce! – mówi głośno i wyraźnie. Zachowuje się dziecinnie. Wkurzał mnie.
-Uważam, że powinno się ich zdyskwalifikować. – wtrąca się brązowowłosa dziewczyna, mierząc mnie krytycznym spojrzeniem. Jej czerwone ubranie przypominał mi, strój toreadora, który walczy z bykami.
Nie lubi mnie, z resztą ja jej też.
-Dlaczego? – pytam. Hindus stojący obok wydaje się być zdziwioną moim pytaniem.
- A co powinniśmy zrobić według Ciebie? – pyta. Uśmiecham się.
-Możemy zagrać jeszcze raz z… - przypomina mi się nazwa drużyny. – The Riwals. Jeśli my wygramy to zostajemy, jeśli jednak oni wygrają to zajmą nasz miejsce. – Ramirez spojrzał na mnie   zaskoczony. Chciał zaprotestować. – To chyba proste rozwiązanie czyż nie? – pytam. Nie uzyskuje odpowiedzi. Dyrektor stadionu myśli, zastanawia się.
- Dobry pomysł. – przytakuje. Odwraca się i patrzy na kapitana The Riwals.
-Zgadzamy się. – mówi pozbawionym emocji głosem. Patrzy na mnie ze złością i z nieskrywaną pogardą.
-To dobrze. To jutro o dziewiątej rozpocznie się walka. Trochę przesuniemy pierwszą rundę turnieju i będzie dobrze.  – mówi i spogląda na staruszka. Pan Dicenson kiwa głową. Wszystko uzgodnione, możemy iść.
-Jestem ciekawy jak poradzisz sobie bez dysku?- odzywa się niebiesko włosy. Podnoszę wzrok i posyłam mu ostre spojrzenie. Blednie . ‘A więc to on’ – myślę. Uśmiecham się szczerze.
-Zobaczysz. – Wychodzimy.


*


[Kai]

Stoję i patrzę na zebranie. Nie interesuje mnie to. Nadchodzi drużyna Black Dragoons. Wszyscy patrzą na nich z obrzydzeniem. Przymykam oczy i wsłuchuje się w rozmowę.
-Jestem ciekawy jak poradzisz sobie bez dysku? – Słyszę. Otwieram oczy i spoglądam  na chłopaka. ‘ To on’ – myślę. Patrzę na Amande. Ona wie. Domyśla się. Widzę jej uśmiech a w oczach płonie ogień. Uśmiecham się, nieznacznie. ‘Zapowiada się ciekawa walka’ – myślę. Wszyscy się rozchodzą. Podchodzi Tala. Jest trochę wkurzony.
-Nie wiem, po co nas wezwali. – mówi do siebie. Przystaje i patrzy na mnie. Wzruszam ramionami i idę w stronę wyjścia. Słyszę jak cicho wzdycha.


*


[Amanda]

Jestem w pokoju. Patrzę  na zniszczony dysk. Wzdycham i klękam przed łóżkiem. Wyjmuje walizkę i ją otwieram. Z środku są różne części.
            -Zapowiada się ciężka noc. – mówię. I zabieram się do konstruowania dysku. Nowego.

Ranek nadchodzi zbyt szybko. Przecieram oczy i patrzę na zegar. Jest siódma. Trzeba się zbierać. Wygrzebuje się z pościeli i głośno ziewam. Paloma wychodzi z łazienki ubrana w sukienkę. Witamy się, po czym wkraczam do łazienki. Nie mija pięć minut i jestem gotowa. Schodzimy na dół i jemy śniadanie, cała drużyna. Milczymy, pogrążeni w myślach. Kończymy posiłek. Z trudem przełykam ostatni kęs kanapki. Wychodzimy z hotelu i idziemy do busa, który stoi przy krawężniku.  Wchodzimy i odjeżdżamy.


*


[Kai]

Pije herbatę i patrzę jak Tala zjada jajecznice. Zerkam w bok. Dostrzegam niektóre drużyny, które przebywają w tym hotelu. Jedzą i rozmawiają.
-…ciekawe kto wygra. – zastanawia się Raul. Jego siostra je i macha widelcem, tuż przed jego twarzą.
- Cóż. Kto wie. Choć mam cichą nadzieję, że Black Dragoons nie przejdą. – wkłada do ust kawałek mięsa i żuję go starannie. Czerwonowłosy milczy i patrzy na dziewczynę.
-Ja bym tam ich nie skreślał. – oznajmia nagle Romeo. Rodzeństwo patrzy na niego ze zdziwieniem.
-Czemu? Chyba wiesz co zrobili?! – Julia unosi się, rozdrażniona. Mężczyzna kręci głową.
-Jaką masz pewność, że to oni kłamią? – pyta. Nikt nie odpowiada. Kiwa głową, zadowolony. – Musicie się jeszcze wiele nauczyć. – mówi. – Tym bardziej komu ufać a komu nie. Kto kłamie a kto nie. – mówi i wskazuje na szatynkę.
-Uważasz, że oni kłamią? – pyta i patrzy na talerz.
-Nie. Uważam, że każdemu zasługuje na szanse.  – Zapada cisza. Słyszę tylko cichy brzdęk naczyń i gwar rozmów z ulicy.
-Gdzie BEGA? – pyta zielonooki.
-Zapewne pojechali na stadion obejrzeć mecz. – mówi spokojnie blondyn. Fernandez kiwa głową. – Ja też chętnie zobaczę ten mecz, idziecie? – zwraca się do rodzeństwa. Kiwają przecząco głową.  Romeo wzrusza ramionami. – Jak chcecie byłaby to pouczająca lekcja. – mówi i wychodzi.
Odwracam wzrok i upijam ostatni łyk herbaty. Patrzę na czerwonowłosego, zaciekawiony.
-Idziesz obejrzeć walkę? – pyta niby obojętnie. Purpurowooki patrzy na mnie przez chwilę.
-Wysłałem Bryan’a i  Spencer’a. -  mówi. Kiwam głową. Nawet nie zauważyłem ich zniknięcia. Ivanov o wszystkim pomyślał.


*


[Amanda]

Stadion jest pełny. Zebrał się tłum ludzi, chcąc zobaczyć naszą klęskę. Albo i nie.  Siedzę na ławce na skraju areny i patrzę na przeciwników. Niebieskowłosy chłopak mówi do swoich kolegów i macha rękoma.  Jest zdenerwowany i spięty. ‘Może się boi? ‘ – myślę. Odwracam wzrok i rozglądam się. Mój wzrok zatrzymuje się  na dwóch członków drużyny Neoborg. Siedzą sztywno i są znudzeni. Cicho wzdycham. Podchodzi do nas  Reymond wraz z mężczyzną, który trzyma w dłoni pudełko. Matterdew uśmiecha się pobłażliwie.
-To jest Mitch. Musiałbym Was prosić… - nie musiał kończyć. Rozumieliśmy. Po kolei blondyn sprawdził nasze dyski. Był zapewne pracownikiem Dyrektora i to bardzo oddanym. Urządzenie nie wykryło nic szczególnego.  I dlatego Mitch był rozczarowany i to bardzo. Popielatowłosy milczał. Możliwe, że był zdziwiony lecz świetnie to ukrywał.
-No dobrze. To wszystko. – Przywołał na twarz uśmiech, trochę wymuszony. Mitch nie odezwał się tylko poszedł za swoim pracodawcą.
-Ciekawe czemu nie sprawdził dysków The Riwals? – odzywa się Pablo. To nie było pytanie lecz stwierdzenie faktu. Nikt nie odpowiedział nie trzeba było. ‘Nie ufają nam’ – myślę.  Siadamy na drewnianej ławeczce i czekamy. Na arenę wchodzi Dj. Ubrany w czerwony podkoszulek i czarne spodnie. Trzyma mikrofon w dłoni. Tłum wiwatuje lecz zaraz milknie.  Szatyn unosi dłoń i krzyczy:
-Witam Wasz wszystkich w tak piękny dzień ! – Odpowiadają mu radosne okrzyki. – Spotykamy się trochę wcześniej, niż było ustalone… - przerwał, po czym kontynuuje za nim rozbrzmiały głośne protesty – ale zapewne będzie usatysfakcjonowani  dzisiejszym występem. – mówił, chyba w to nie wierząc do końca. – Powitajmy gromkimi brawami drużynę Black Dragoons! – Słyszę buczenie, protesty i obelgi pod naszym adresem. Naprawdę nas nie lubią. To mało powiedziane. Nie przejmuje się. Jeezman chyba tego nie słyszy bądź nie chcę. – i The Riwals! – Blederzy wstają i machają rękoma. Są zadowoleni i zbyt pewni siebie. Mierze ich wzrokiem i zastanawiam się jak ktoś taki zepsuł nam reputację.  Brązowooki uspokaja widownie. – A teraz zacznie się mecz! – mówi z uśmiechem. – Pierwszą walkę stoczą… - urywa. Rafael wstaje i idzie w kierunku czaszy, opanowany. Był dzisiaj cichy i skoncentrowany. Jestem pewna, że wygra. Mam taką nadzieję. Zatrzymuje się na przeciwko chłopaka o włosach barwy miedzi i zimnym, stalowym spojrzeniu.
– A więc pierwszą walkę stoczą Rafael i Fernando. Ciekawe co dyrekcja wymyśliła dla Was. – To mówiąc czasza przepoławia  się na dwie połówki, ukazując górki krajobraz, będący areną do walki. Marszczę brwi. Coś mi się wydaję, iż  czasza jest przygotowana specjalnie dla członka drużyny The Riwals. Nie dla nas. Chyba cały mecz był z góry  przesądzony co do tego kto ma wygrać. Bynajmniej mnie to nie cieszy. Zerkam na Santiago. Patrzy na mnie. On też to wie. Jest źle.

*
Jest rozdział, kolejny.

2 czerwca 2013

Rozdział 9




[Kai]

Przymykam oczy i patrzę w dal. Jest pięknie. Słońce świeci na niebie.  Wzdycham. Rozglądam się i szukam  znajomych twarzy. Nikogo nie dostrzegam. ‘Nie ma Takao’– myślę. Schodzę po wąskich schodach i staje na asfaltowej płycie lotniska.
-Nienawidzę słońca. – słyszę przy uchu głos Tali. Patrzę na czerwonowłosego przez chwilę, po czym odwracam wzrok.
-Przesadzasz. – mówię i kieruję się w stronę budynku. Ivanov wzrusza ramionami. Idę i zauważam tłum reporterów, kłębiących się wokół samolotu. Nie zatrzymuje się. Obserwuje. Dostrzegam nową drużynę. W milczeniu schodzą i słuchają komentarzy paparazzi.
- Jak to się stało, że nadal uczestniczycie w zawodach? – pyta jeden.
- Czyżby ta historia o oszustwie była tylko kłamstwem? – przerywa drugi.
-Nie odpowiemy na żadne z waszych pytań. – słyszę dziewczęcy głos.  Zatrzymuje wzrok na fioletowowłosej dziewczynie – Amandzie. Tak ma na imię. Jej oczy płoną czystą wściekłością i determinacją. Bez słowa omija natrętnych reporterów.
-Mają przechlapane. – mówi  Rosjanin. Pojawił się jakby znikąd. ‘Nie lubię jak tak robi’– myślę. Odwracam wzrok od tej żenującej sceny i patrzę w purpurowe oczy kapitana. Wzruszam ramionami. Nie obchodzi mnie to, wcale.


*


[Amanda]

Jestem zmęczona i to bardzo. Ci dziennikarze mnie zdenerwowali. Ich pytania, podejrzenia. Czysty absurd. Westchnęłam. Przecieram spoconą dłonią twarz. Mam dość. Przymykam oczy. Wzdycham cicho. ‘Duszę się’- myślę.  Podnoszę głowę i spoglądam w drzwi. Paloma poszła coś zjeść z chłopakami. Nie jestem głodna ani trochę. Wstaje i wychodzę. Zatrzaskuje za sobą drzwi. Stoję w szerokim  korytarzu hotelu. Jest hojnie udekorowany.  Czerwony dywan, obrazy wiszące na ścianach a także donica z kwiatem. ‘Jak w bajce’ – myślę. Wyciągam telefon z przedniej kieszeni spódnicy. Zgrabnie naciskam kolejno wszystkie guziczki tworząc wiadomość i wysyłam do Dicarlo.
„Idę się przejść, wrócę niebawem.”
Krótka choć treściwa informacja. Nadchodzi szybko odpowiedź.
„Ok.”
Wkładam urządzenie z powrotem do kieszeni i idę przed siebie.


Wychodzę na zewnątrz i  wzdycham z ulgą. Czuję promienie słońca na skórze. Jest przyjemnie. Dociera do mnie gwar rozmów i szum samochodów. Rozglądam się i idę wzdłuż chodnika. Idę i rozkoszuje się chwilą spokoju i wolności. Ludzie przechodzą obok, lecz nie zauważają mnie. Są zbyt pochłonięci własnymi sprawami. Cieszę się, że nie dostrzegam żadnego dziennikarza. Uśmiecham się i czuję wiatr we włosach. Przechodzę obok boiska, skąd dobiega hałas i krzyki. Przystaję i patrzę na grupkę dzieciaków, grających w beyblade. Śmieją się i z radością patrzą na wirujące dyski. ‘Czemu ja też nie mogę się cieszyć?’ – myślę. Odchodzę za nim ktokolwiek mnie zauważa.
Nowy York jest miastem, które mnie intryguje. Jest na pewien sposób piękne a zarazem przerażające. To głupie jednak prawdziwe.  Ludzie wyglądają a także zachowują się inaczej. Można by rzec, że są inni. Może dlatego nie zdziwiłam się, gdy podeszło do mnie czterech chłopaków.  Ich spojrzenia utkwione we mnie, wyrażały wyraźną niechęć i pogardę. Powinnam była uciec. Jednak tego nie zrobiłam. Jestem zbyt dumna i to okazało się moją zgubą.
-Zgubiłaś się? – pyta jeden, osiłek.
-Nie. – mówię zgodnie z prawdą. Czarnoskóry unosi brew, zdziwiony.
- Chyba jednak tak. – odpowiada drugi. Marszczę brwi, przygotowana na to co nastąpi. Mija może sekunda, gdy nieznajomi wyciągają ku mnie swe dyski z wyrzutniami.
-To jak zagramy? – To nie było pytanie lecz stwierdzenie faktu. Wyciągam swój dysk.  
-Pewnie.

*

[Kai]

             Patrzę jak gra. Jej szary dysk śmigał od jednego przeciwnika do drugiego. Bez zastanowienia pcha się w paszcze lwa. Zapomniała, że wartość liczebna ma znaczenie. Ona jest jedna a ich czterech. Ta walka jest skazana na porażkę. Wiedziała o tym dobrze, lecz zaryzykowała. Nie drgnąłem, gdy jej dysk stracił kawałek części. Jej przeciwnicy są brutalni pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Ich masywne dyski, mocno uderzają w dysk dziewczyny, doszczętnie go niszcząc. Posypały się kawałki i odłamki, niegdyś tego co było dyskiem.
-Nie. – Jej cichy głos, uświadomił mi co się teraz stanie. Spoglądałem na chłopaków, którzy stali, wpatrzeni w fioletowowłosą. Opadła z wdziękiem na kolana i schowała twarz w dłoniach.
-Nie. – Jej jęki są wyraźnym sygnałem dla nieznajomych.
-Nie skończyliśmy. – rzekł zielonowłosy nicpoń. Ich dyski ‘rzuciły się’ w stronę Amandy. Nie ruszyła się. Wpatrywała się w tępo swój dysk. Skoczyłem i wystrzeliłem dysk, oby tylko nie za późno.


*

[Amanda]

              Nie czułam nic. Tylko dołującą rozpacz.  Patrzyłam bezmyślnie w swój dysk, z którego zostało niewiele. Czułam jak wzbiera się mi na płacz. Łzy płyną po policzkach. Z mego gardła wydobył się szloch.  Wyciągam  niezdarnie rękę i zbieram metalowe części. Moje ciało zaczęło drgać. Całkiem straciła czucie w dłoniach.   Oczy zaszły mgłą. Patrzyłam na szare plamy na mojej dłoni. Przycisnęłam je mocno do piersi, chcąc poczuć ich ciepło. Łkałam, myśląc jak beznadziejnie postąpiłam. ‘Jak mogłam być tak głupia?!’ – myślę. Mogłam. Zrobiłam to co zrobiłam. Teraz przyszło mi za to zapłacić. Mój słaby jęk, roznosi się po przestrzeni. Chcę mi się wyć z bólu. Nie panuje nad sobą.  Została mi po nim tylko Ta pamiątka. Teraz nie mam nic. Nic. ‘Jesse, przepraszam’– myślę, zaciskam oczy. Gdzieś w oddali słyszę głosy.  Szum dysków na nierównej powierzchni wydaje się być wyraźny. Padam na mnie cień. Nie drgam. Ostry krzyk przecina ciszę. Głosy cichną. Czuję jak ziemia dudni od kroków. Ktoś krzyczy, ktoś ucieka. Pociągam nosem i patrzę przed siebie. Widzę niewyraźną sylwetkę chłopaka. Granatowe włosy. Ciemna bluza. Zastygam bezruchu. Moje serce bije mocniej. Niemal wyrywa się z piersi. ’Jesse’ – myślę. Mrugam, niedowierzając. Osobnik odwraca się wolno w moją stronę. Czas pryska. Patrzę na nieznajomego i zastanawiam się, kim jest. Nie znam go. Czuję uścisk na sercu i niewyobrażalny ból.
-To nie on. – szepcze.
-A kim mam być? – pyta.
-Nikim. – mówię. Zapada cisza. Nie słyszę gwaru, który dochodzi z ulicy. Powoli przecieram ręką wilgotne oczy.  Purpurowooki podaje mi dłoń a ja korzystam z pomocy. Wstaje i chwieje się lekko. Jestem zmęczona i zapewne wyglądam okropnie. Przyglądam się chłopakowi. Jest wyższy trochę ode mnie. Ubrany w fioletowe spodnie i bluzkę.  Wokół szyi, zawiązany biały szalik, który prawie ciągnie się po ziemi.
-Kim jesteś? – pytam.  Wydaje się być zaskoczony moim pytaniem.
-Kai. – mówi z ociąganiem. Kiwam głową i zapamiętuje jego imię.
-Dziękuję. – mówię i odwracam się do niego plecami. Idę przed siebie. Słyszę kroki. Podąża za mną. Przewracam oczami.
-Po co idziesz za Mną? – pytam zła.
-Źle wyglądasz. – mówi, zrównując się ze mną. Prycham z pogardą.
-Nie potrzebna mi twoja pomoc. – mówię z naciskiem. Patrzę na niego gniewnie. Nic sobie z tego nie robi.
- Tak jak teraz? – Milczę. Wiem, że ma rację. Zaciskam usta. Znajdujemy się na ulicy, ruchliwej i pełnej życia. Idę i spoglądam na witryny sklepowe.
-Jestem głodna. – wyrywa mi się. Jestem zażenowana swoją postawą. Hiwatari kiwa głową i bez słowa wchodzimy do kawiarni. Gdy wchodzimy wszyscy się na nas patrzą. Nie na nas tylko na Japończyka. On jednak ignoruje ciekawe spojrzenia klientów i siada przy stoliku. Siadam obok na drewnianym krześle i biorę do ręki menu. Same słodkości. Lubię słodycze.  Podchodzi kelnerka i zamawiamy: ja sok pomarańczowy i szarlotkę a Kai herbatę i precelka. Dziewczyna szybko zapisuje i odchodzi. Milczymy. Nie mam ochoty rozmawiać, chłopak też nie. Po chwili są nasze zamówienia. Granatowłosy zaciska zręcznie  palce na  uchwycie od filiżanki i sączy napój. Patrzę na niego, zafascynowana.  Gracja z jaką pije płyn wydaje się być jego wrodzoną cechą. Jakby był stworzony tylko do tego: picia herbaty i siadania z nonszalancją na krześle. Uśmiecham się i pije sok. Nie wygląda na takiego jakim jest. Spogląda na mnie z irytacją.
-Czemu się tak patrzysz?  - Nie odpowiadam zbyt pochłonięta ciastem, które smakuje wybornie.
-Przepraszam, jeśli Cię to uraziło. – mówię i myślę czy zadać mu pytanie. ‘Czy jesteś z tych paniczyków, którzy boją się zadawać z pospólstwem?’   Mam ochotę je zadać. Jest inny to widać.
-Po co mi pomogłeś? – pytam, między jednym kęsem a drugim.
-A nie powinienem? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Zastanowiłam się przez chwilę.
-Cóż. Chciałabym wiedzieć jakie pobudki Tobą kierowały. – mówię, patrząc na niedojedzoną szarlotkę. – Chyba wiesz o mojej drużynie i pewnym kłopocie? Zapewne reszta drużyn nas nie uznaje w rywalizacji do tytułu mistrza świata w beybladingu. – Jego milczenie tylko potwierdza moją tezę.
-Nie chce o tym rozmawiać. – mówi, bez emocji pijąc herbatę. Wzruszam ramionami.
-Dobra. – Zjadam szarlotkę i  czuję słodycz w ustach. Popijam sokiem i wstaje, kładąc pieniądze na stoliku. Kai podąża za mną, co mnie dziwi.
-Odprowadzę Cię. – Nie protestuje. Wychodzimy z kawiarni i kierujemy się w stronę hotelu. Dziwnie się czuję idąc obok Hiwatari’ego, na którego spoglądają wszystkie dziewczynę jakie naplotkujemy na drodze. Bleyder je ignoruje skutecznie. Niemal nie zauważa ich istnienia. Chce mi się śmiać. Jednak powstrzymuje się. Nie rozmawiamy ze sobą, znowu. Jego obecność mi wystarcza, w zupełności. Mija może z dziesięć minut, gdy docieramy pod drzwi hotelu. Zatrzymujemy się. Niepewnie patrzę na chłopaka. Chcę coś powiedzieć, lecz mnie uprzedza.
- Następnym razem Ci nie pomogę, pamiętaj. – mówi i odchodzi. Patrzę jak idzie sztywno przez zatłoczony chodnik.
-Ok. – mówię i wchodzę do wnętrza budowli.

*
Jest rozdział, nieudany.