[Amanda]
Przechodzę przez hol i kieruje
się w stronę schodów. Mój pokój mieści się na drugim piętrze. To nie daleko.
Nie muszę korzystać z zatłoczonej windy. Idę i myślę. Smętnie patrzę na swój
dysk. Nie pozostało po nim wiele. Chce mi się płakać, lecz powstrzymuje się.
Staje na korytarzu i przystaje. Patrzę na obraz, który przedstawia martwą
naturę. Kręcę głową i wchodzę do pokoju. Panuje półmrok, okno jest zasłonięte.
Paloma leży na łóżku i wzdycha.
-Gdzie byłaś? -pyta.
-Przejść się. – mówię i siadam na
łóżku. Dicarlo wstaje i spogląda na moje dłonie. Patrzy zmartwiona.
-Co się stało?
-Zniszczyli mój dysk. –
wykrztuszam i płacze. Nie mogę powstrzymać łez. Jest mi smutno i źle.
Przyjaciółka pociesza mnie.
-Będzie dobrze. Będziesz miała
inny dysk. – Kładzie mi rękę na ramieniu. Kręcę głową.
-Lecz nigdy taki jak ten. – mówię
i dławię się śliną. Brązowowłosa milczy,
ja też.
Mija mi po dziesięciu minutach. Do pokoju wkracza Santiago,
bez ostrzeżenia.
-Jest problem. - oznajmia. Ciarki
przechodzą mi po plecach. Jestem rozbita i zdołowana. Patrzy na moją twarz i
zauważa ślady łez.
-Co się stało? – pyta. Wyręcza
mnie przyjaciółka.
-Zniszczyli jej dysk. – Chłopak
milczy. Twarz mu pociemniała. Zaciska pięści.
-Chciałeś coś? – pytam, zanim
zrobi coś głupiego. Rozluźnia się, trochę.
-Musimy stawić się na stadionie. Chodzi o tą drużynę,
z którą wygraliśmy podobno oszukując. – Kiwam wolno głową. ‘Do tego doszło’ – myślę.
-Jedziemy. –mówię i wstaje. Kładę
odłamki dysku na stolik niemal z czułością.
-Na pewno? – pyta. Martwi się.
-Tak.
Stadion jest piękny i duży.
Nowoczesny i wygodny. Jednak nie budzi we mnie ciepłych uczuć. Sztywno idę z Santiago i Dicarlo do środka. Brązowooka
rozgląda się wokół, zaciekawiona. Wszystko tu jest idealne zbyt idealne. Słyszę
głosy, które stają się coraz głośniejsze. Wychodzimy za zakrętu. Widzę grupkę osób, rozmawiających ze sobą.
Marszczę brwi. Zauważam pana Dicenson’a, który rozmawia z mężczyzną. Zauważam Kai’a stojącego
przy ścianie. Milczy i ma zamknięte oczy. Nagle wszyscy milkną, widząc nas.
Nieznany mi chłopak o niebieskich włosa unosi palec, wskazuje nas.
-Oszuści! – Szatyn chcę się na
niego rzucić. Powstrzymuje go. Nie potrzebne są nam nowe problemy. Ignoruje
chłopaka. Udaję, że go nie ma. Jest zły.
-Cieszę się, że tak szybko
przybiliście. – odzywa się mężczyzna. – Jestem Reymond Matterdew i jestem
dyrektorem tego stadionu. - Jest wysoki
i schludnie ubrany. Ma krótkie popielate włosy i bystre, bursztynowe oczy.
Wydaje się miły. Kiwamy głową.
-Chyba wiecie o co chodzi? – Jego
głos jest szorstki i opanowany.
-Dobrze wiedzą. – wtrąca się
kapitan ów nieznanej mi drużyny. –
Oszukiwali i zajęli nasze miejsce! – mówi głośno i wyraźnie. Zachowuje się
dziecinnie. Wkurzał mnie.
-Uważam, że powinno się ich
zdyskwalifikować. – wtrąca się brązowowłosa dziewczyna, mierząc mnie krytycznym
spojrzeniem. Jej czerwone ubranie przypominał mi, strój toreadora, który walczy
z bykami.
Nie lubi mnie, z resztą ja jej też.
-Dlaczego? – pytam. Hindus
stojący obok wydaje się być zdziwioną moim pytaniem.
- A co powinniśmy zrobić według Ciebie?
– pyta. Uśmiecham się.
-Możemy zagrać jeszcze raz z… -
przypomina mi się nazwa drużyny. – The Riwals. Jeśli my wygramy to zostajemy,
jeśli jednak oni wygrają to zajmą nasz miejsce. – Ramirez spojrzał na mnie zaskoczony. Chciał zaprotestować. – To chyba
proste rozwiązanie czyż nie? – pytam. Nie uzyskuje odpowiedzi. Dyrektor stadionu
myśli, zastanawia się.
- Dobry pomysł. – przytakuje.
Odwraca się i patrzy na kapitana The Riwals.
-Zgadzamy się. – mówi pozbawionym
emocji głosem. Patrzy na mnie ze złością i z nieskrywaną pogardą.
-To dobrze. To jutro o dziewiątej
rozpocznie się walka. Trochę przesuniemy pierwszą rundę turnieju i będzie
dobrze. – mówi i spogląda na staruszka.
Pan Dicenson kiwa głową. Wszystko uzgodnione, możemy iść.
-Jestem ciekawy jak poradzisz
sobie bez dysku?- odzywa się niebiesko włosy. Podnoszę wzrok i posyłam mu ostre
spojrzenie. Blednie . ‘A więc to on’ –
myślę. Uśmiecham się szczerze.
-Zobaczysz. – Wychodzimy.
*
[Kai]
Stoję i patrzę na zebranie. Nie
interesuje mnie to. Nadchodzi drużyna Black Dragoons. Wszyscy patrzą na nich z
obrzydzeniem. Przymykam oczy i wsłuchuje się w rozmowę.
-Jestem ciekawy jak poradzisz
sobie bez dysku? – Słyszę. Otwieram oczy i spoglądam na chłopaka. ‘ To on’ – myślę. Patrzę na Amande. Ona wie. Domyśla się. Widzę jej
uśmiech a w oczach płonie ogień. Uśmiecham się, nieznacznie. ‘Zapowiada się ciekawa walka’ – myślę.
Wszyscy się rozchodzą. Podchodzi Tala. Jest trochę wkurzony.
-Nie wiem, po co nas wezwali. –
mówi do siebie. Przystaje i patrzy na mnie. Wzruszam ramionami i idę w stronę
wyjścia. Słyszę jak cicho wzdycha.
*
[Amanda]
Jestem w pokoju. Patrzę na zniszczony dysk. Wzdycham i klękam przed
łóżkiem. Wyjmuje walizkę i ją otwieram. Z środku są różne części.
-Zapowiada się ciężka noc. – mówię. I zabieram się do
konstruowania dysku. Nowego.
Ranek nadchodzi zbyt szybko.
Przecieram oczy i patrzę na zegar. Jest siódma. Trzeba się zbierać. Wygrzebuje
się z pościeli i głośno ziewam. Paloma wychodzi z łazienki ubrana w sukienkę.
Witamy się, po czym wkraczam do łazienki. Nie mija pięć minut i jestem gotowa.
Schodzimy na dół i jemy śniadanie, cała drużyna. Milczymy, pogrążeni w myślach.
Kończymy posiłek. Z trudem przełykam ostatni kęs kanapki. Wychodzimy z hotelu i
idziemy do busa, który stoi przy krawężniku. Wchodzimy i odjeżdżamy.
*
[Kai]
Pije herbatę i patrzę jak Tala
zjada jajecznice. Zerkam w bok. Dostrzegam niektóre drużyny, które przebywają w
tym hotelu. Jedzą i rozmawiają.
-…ciekawe kto wygra. – zastanawia
się Raul. Jego siostra je i macha widelcem, tuż przed jego twarzą.
- Cóż. Kto wie. Choć mam cichą
nadzieję, że Black Dragoons nie przejdą. – wkłada do ust kawałek mięsa i żuję
go starannie. Czerwonowłosy milczy i patrzy na dziewczynę.
-Ja bym tam ich nie skreślał. –
oznajmia nagle Romeo. Rodzeństwo patrzy na niego ze zdziwieniem.
-Czemu? Chyba wiesz co zrobili?!
– Julia unosi się, rozdrażniona. Mężczyzna kręci głową.
-Jaką masz pewność, że to oni
kłamią? – pyta. Nikt nie odpowiada. Kiwa głową, zadowolony. – Musicie się
jeszcze wiele nauczyć. – mówi. – Tym bardziej komu ufać a komu nie. Kto kłamie
a kto nie. – mówi i wskazuje na szatynkę.
-Uważasz, że oni kłamią? – pyta i
patrzy na talerz.
-Nie. Uważam, że każdemu
zasługuje na szanse. – Zapada cisza.
Słyszę tylko cichy brzdęk naczyń i gwar rozmów z ulicy.
-Gdzie BEGA? – pyta zielonooki.
-Zapewne pojechali na stadion
obejrzeć mecz. – mówi spokojnie blondyn. Fernandez kiwa głową. – Ja też chętnie
zobaczę ten mecz, idziecie? – zwraca się do rodzeństwa. Kiwają przecząco
głową. Romeo wzrusza ramionami. – Jak
chcecie byłaby to pouczająca lekcja. – mówi i wychodzi.
Odwracam wzrok i upijam ostatni łyk herbaty. Patrzę na
czerwonowłosego, zaciekawiony.
-Idziesz obejrzeć walkę? – pyta
niby obojętnie. Purpurowooki patrzy na mnie przez chwilę.
-Wysłałem Bryan’a i Spencer’a. -
mówi. Kiwam głową. Nawet nie zauważyłem ich zniknięcia. Ivanov o
wszystkim pomyślał.
*
[Amanda]
Stadion jest pełny. Zebrał się
tłum ludzi, chcąc zobaczyć naszą klęskę. Albo i nie. Siedzę na ławce na skraju areny i patrzę na
przeciwników. Niebieskowłosy chłopak mówi do swoich kolegów i macha
rękoma. Jest zdenerwowany i spięty. ‘Może się boi? ‘ – myślę. Odwracam wzrok
i rozglądam się. Mój wzrok zatrzymuje się
na dwóch członków drużyny Neoborg. Siedzą sztywno i są znudzeni. Cicho
wzdycham. Podchodzi do nas Reymond wraz
z mężczyzną, który trzyma w dłoni pudełko. Matterdew uśmiecha się pobłażliwie.
-To jest Mitch. Musiałbym Was
prosić… - nie musiał kończyć. Rozumieliśmy. Po kolei blondyn sprawdził nasze
dyski. Był zapewne pracownikiem Dyrektora i to bardzo oddanym. Urządzenie nie
wykryło nic szczególnego. I dlatego
Mitch był rozczarowany i to bardzo. Popielatowłosy milczał. Możliwe, że był
zdziwiony lecz świetnie to ukrywał.
-No dobrze. To wszystko. –
Przywołał na twarz uśmiech, trochę wymuszony. Mitch nie odezwał się tylko
poszedł za swoim pracodawcą.
-Ciekawe czemu nie sprawdził
dysków The Riwals? – odzywa się Pablo. To nie było pytanie lecz stwierdzenie
faktu. Nikt nie odpowiedział nie trzeba było. ‘Nie ufają nam’ – myślę. Siadamy
na drewnianej ławeczce i czekamy. Na arenę wchodzi Dj. Ubrany w czerwony
podkoszulek i czarne spodnie. Trzyma mikrofon w dłoni. Tłum wiwatuje lecz zaraz
milknie. Szatyn unosi dłoń i krzyczy:
-Witam Wasz wszystkich w tak
piękny dzień ! – Odpowiadają mu radosne okrzyki. – Spotykamy się trochę
wcześniej, niż było ustalone… - przerwał, po czym kontynuuje za nim rozbrzmiały
głośne protesty – ale zapewne będzie usatysfakcjonowani dzisiejszym występem. – mówił, chyba w to nie
wierząc do końca. – Powitajmy gromkimi brawami drużynę Black Dragoons! – Słyszę
buczenie, protesty i obelgi pod naszym adresem. Naprawdę nas nie lubią. To mało
powiedziane. Nie przejmuje się. Jeezman chyba tego nie słyszy bądź nie chcę. –
i The Riwals! – Blederzy wstają i machają rękoma. Są zadowoleni i zbyt pewni
siebie. Mierze ich wzrokiem i zastanawiam się jak ktoś taki zepsuł nam
reputację. Brązowooki uspokaja widownie.
– A teraz zacznie się mecz! – mówi z uśmiechem. – Pierwszą walkę stoczą… -
urywa. Rafael wstaje i idzie w kierunku czaszy, opanowany. Był dzisiaj cichy i skoncentrowany.
Jestem pewna, że wygra. Mam taką nadzieję. Zatrzymuje się na przeciwko chłopaka
o włosach barwy miedzi i zimnym, stalowym spojrzeniu.
– A więc pierwszą walkę stoczą
Rafael i Fernando. Ciekawe co dyrekcja wymyśliła dla Was. – To mówiąc czasza
przepoławia się na dwie połówki,
ukazując górki krajobraz, będący areną do walki. Marszczę brwi. Coś mi się
wydaję, iż czasza jest przygotowana
specjalnie dla członka drużyny The Riwals. Nie dla nas. Chyba cały mecz był z
góry przesądzony co do tego kto ma
wygrać. Bynajmniej mnie to nie cieszy. Zerkam na Santiago. Patrzy na mnie. On
też to wie. Jest źle.
*
Jest rozdział, kolejny.