10 września 2012
Rozdział 8
Wstaje ociężale z łóżka. Czuje ból pulsujący mi w skroniach. Krzywię się. Spoglądam na Palome, która smacznie drzemie. Nie chcę jej budzić. Cicho kieruje się w stronę łazienki. Po kilku minutach wychodzę, odświeżona i trochę zrelaksowana. Idę, powoli do drzwi. Otwieram je i wychodzę na korytarz, cicho je zatrzaskując. Korytarz tonie w mdłym blasku słońca, które wpada przez okna.
Zatrzymuje się przed pokojem chłopaków. Zerkam. Nie słyszę żadnych szmerów. ' Pewnie śpią '. - myślę. Nie chcę im przeszkadzać. Postanawiam zejść na dół, pomyśleć. Idę do windy i szybko znajduje się na dole. Wita mnie cisza i spokój. Tego właśnie potrzebuje. Stanowczym krokiem, maszeruję w kierunku salonu. Przystaję na progu, lecz prócz powietrza, nikogo nie ma. I dobrze. Wracam się i idę do kuchni po szklankę soku, bo nic innego nie ma. Siadam na krześle, wpatrując się w szklankę z pomarańczową cieczą. Pociągam łyk. Smakuje cudownie. Sok jest słodki a zarazem gorzki. Spoglądam na zegar, który wskazuje siódmą. O tej porze w Argentynie bym biegała. Lubię co rano biegać, nałykać się świeżego powietrza i oczyścić umysł z niechcianych myśli. To pomaga i to bardzo. Wzdycham i kosztuje cudownego napoju.
Myślę i to intensywnie. Co powinnam zrobić, a czego nie? Wiem tylko, że nie mogę się załamać. Po prostu nie mogę. Przez całe życie staram się być silną i jestem. Przeżyłam tak wiele i wiem jakie potrafi być życie. Los nie oszczędził mnie, nigdy. Pamiętam czasy, gdy przebywałam w sierocińcu. Byłam tam sama. Zero wsparcia, zero przyjaciół. Jedynym światłem było to, iż ktoś mnie w końcu zaadoptuje. Lecz prawda była zbyt okrutna. Nikt mnie nie chciał. Dorastałam nie znając żadnego pozytywnego uczucia i wtedy zjawił się On - Jesse. Zaprzyjaźnił się ze mną, choć wiedział, że jestem sierotą. W tamtych czasach, ludzie patrzyli krzywo na takich jak my - wyrzutków. Traktowali niczym trędowatych. Przygryzam lekko wargę, poruszona do głębi. Powinnam zapomnieć o tym co było, ale nie potrafię. Bo przecież stanowi to część mojej osoby.
Przymykam powieki, rozkoszując się idealną ciszą. Uśmiecham się lekko.
Nagle słyszę kroki. Donośne aczkolwiek ciche. Ten dźwięk niemalże wdziera się do mojej głowy. Otwieram oczy. Marszczę brwi. Do pomieszczenia wchodzi białowłosy chłopak. Dostrzega mnie, lecz nic nie mówi. Ja też milczę. Przechodzi obok mnie i siada przy stoliku nieopodal. Nie patrzę na niego, zbyt pochłonięta sączeniem soku z szklanki. Czuję jego wzrok na sobie.
Jednak uparcie milczę. Nie zamierzam rozmawiać z hindusem tym bardziej spoufalać się z nim. Biorę kolejny łyk i ze smutkiem stwierdzam, że szklanka jest pusta. Wypiłam wszystko do dna. Marszczę brwi, niezadowolona. Powinnam iść po jeszcze jedną porcję, lecz nie czynię tego. Wiem, że nie mogę tu zostać, muszę pomyśleć, w samotności. Tu jest zbyt duszono od emocji i negatywnych uczuć. Niemal duszę się.
- Tu jesteś! - słyszę głośny krzyk rudowłosego, który nagle pojawia się w drzwiach.
Lekko drżę przestraszona jego wybuchem. Moja twarz pozostaje niewzruszona. Brooklyn - gdyż tak nazywa się ów chłopak, podchodzi do przyjaciela, całkiem mnie ignorując. Możliwe, że mnie nie zauważa.
- Szukałem Cię. - mówi swobodnym tonem, podchodząc coraz bliżej. - Chciałem...
Milknie, zauważając moją osobę. Patrzy na mnie przez chwilę, po czym lekko się uśmiecha.
- Cześć. - mówi przyjaznym tonem.
Patrze na niego, zastanawiam się czy odpowiedzieć. Waham się, jednak odpowiadam:
- Cześć.
Masefield kiwa głową i siada obok Garlanda. Cicho rozmawiają a ja czuje się nie komfortowo i samotnie. Wstaje i zabieram szklankę ze stołu. Kieruję się w stronę wyjścia. Idę do kuchni oddać umytą szklankę. Po chwili wracam się i maszeruje w kierunku wyjścia. Niemal z radością wita mnie chłodny wiaterek. Przymykam oczy, rozkoszuje się chwilą upojenia. Uśmiecham się, czując pewnego rodzaju swobodę i wolność. Idę powoli, kierując się w nieznanym kierunku. Muszę znaleźć zaciszne miejsce, gdzie w spokoju będę mogła pomyśleć. Patrzę przed siebie, obserwuję mijanych ludzi i samochody. Tłum nasila się, kiedy chcę przejść przez ulicę. Ledwo zdążam przejść przez pasy, kiedy włącza się czerwone światło. Brzęczą klaksony tworząc nową kakofonie dźwięków: hałaśliwych, ostrych, które wdzierają się do mojej głowy. Kręcę głową i przyśpieszam chcąc znaleźć się z dala od nich. Niemal biegnę chodnikiem, potrącając nielicznych ludzi. Słyszę gardłowe przekleństwa skierowane w moją stronę. Nie przystaję. Biegnę dalej. Staram się zarejestrować nazwy ulic, które mijam, po to, abym potem mogła wrócić. Zatrzymuje się nagle, czując nieznośny uścisk w żołądku. Łapczywie łykam powietrze. Czuję jak moje ciało drży od nadmiernego wysiłku. Mięśnie nóg napięte, niezdolne do ruchu. ' Zaniedbałam się '. - myślę. Nie biegałam od kilku dni, a już mam problemy na krótkich dystansach. Uśmiecham się gorzko. Prostuje się. Ostatnie westchnienie i podążam dalej przed siebie.
Mijam kolejne skrzyżowanie. Zostawiam za sobą hałaśliwe centrum miasta, znajdując się na jego skraju. Przystaje i rozglądam się. Zauważyłam kilku przechodniów, którzy krążyli po wyludnionych uliczkach. Wsłuchuje się w ciche wycie wiatru i krzyki dzieci bawiących się nieopodal. Patrze na ich sylwetki, po czym odchodzę. Przechodzę na drugą stronę ulicy. Dostrzegam niewielki plac, utkwiony w środku wysokich budynków. Bez ociągania kieruje się w jego stronę. Ów placyk okazuje się być nie tak całkiem mały.
' Idealny '. - myślę. Słyszę cichą melodię przysłanej wiadomości. Marszczę brwi. Wyjmuje telefon z kieszeni, patrząc na wyświetlacz, na którym widnieje imię "Paloma". Naciskam guzik, ukazując treść sms-a.
"Gdzie jesteś?"
Rozglądam się szukając nazwy ulicy. Podchodzę do najbliższego budynku i zauważam niewyraźny, ciemny napis.
"Old Street Willow 23/45".
Piszę i wysyłam. Po chwili dostaje kolejną wiadomość.
"Ok, zaraz będę".
Szybko odpisuje.
"Weź chłopaków".
"Ok".
Telefon milczy jak zaklęty. Chowam go do kieszeni i uważam, aby nie wypadł mi z rąk. Wracam się i przechodzę przez furtkę. Stąpam po twardym gruncie. Patrze na gładką nawierzchnię, usypaną z piasku. Podchodzę do mury i przysiadam. Czekam.
Mija dobre dwadzieścia minut za nim dostrzegam swą drużynę. Idą, powoli, tracą kilka cennych minut. Wstaje i otrzepuje spódniczkę. Podchodzą do mnie wszyscy czworo. Pablo rozgląda się, niezadowolony.
- Po co kazałaś nam tu przyjść? - pyta z niesmakiem, patrząc na obdarte ściany.
- Aby potrenować. - Santiago patrzy na mnie oniemiały z pewną rezerwą. Blondyn drga niespokojny, lecz nie okazuje niczego. Tylko Pablo patrzy mi prosto w oczy. - Chyba nie chcecie znów przegrać? - ciągnę bezlitośnie.
Widzę w oczach szatyna ból i strach. Widać jak bardzo przeżył ostatni mecz. Rafael zaciska usta.
- Przecież nic się nie...
Zielonooki wtrąca się, lecz mu przerywam.
- Stało się. Nie ma co ukrywać rozczarowania. - mówię, patrząc na wszystkich.
Milczą. Chłopaki nie patrząc mi w oczy jakby zawstydzeni własnymi uczuciami tylko Dicarlo spogląda na mnie uważnie.
- Musimy potrenować. - kończę.
Mam nadzieję, że do nich dotarło sens moich słów. Czarnowłosy wzrusza ramionami i wyciąga swój dysk wraz z wyrzutnią.
- Można spróbować.
- Ja też spróbuje. - dołącza się szatynka.
Blondyn po chwili ustępuję. Pokazuje swój dysk. Ramirez stoi w milczeniu i unika mego wzroku. Widzę jak walczy ze sobą. Przymyka oczy. Napina i rozluźnia mięśnie. To go boli, przegrana. Kiwa nieznacznie głową, zgadza się. Uśmiecham się lekko. Wyciągam swój dysk.
- Walczmy więc.
Mija godzina, dwie, trzy a my dalej trenujemy. Zaczęła się seria ćwiczeń: pompek, przysiadów, biegu. Gramy dyskami a po chwili znów ćwiczymy. I tak w kółko, bez przerwy. Kończymy, gdy nie czuje już palców u rąk. A ręce mi tak zdrętwiały, iż nie mogę ich zgiąć w łokciach. Oddycham głośno i szybko, czując narastające zmęczenie. Siadam na żelaznej ławce, łapczywie łapiąc powietrze do płuc. Słyszę ciche postękiwanie. Odwracam głowę, patrząc na chłopaków. Pablo ledwo stoi, opiera się o pobliską ścianę szarego budynku. Tuż obok klęczy blondyn i trzyma w ręku dysk. Zaciska go w dłoni, chroniąc go przed światem. Przyjaciółka podchodzi do mnie i siada obok.
- Zmęczyłam się. - mówi ochrypłym głosem.
Kiwam głową, zbyt zmęczona by odpowiedzieć.
- Na dziś koniec. - mówi Santiago i wstaje ociężale z ziemi.
Widzę grymas bólu na jego twarzy. Nic nie mówię. Upływa dziesięć minut za nim wracamy do Ośrodka.
Kolejny dzień mija nam na treningu. Wcześnie wstaje, aby pobiegać i pomyśleć. A potem całą drużyną, kierujemy się w stronę małego placu. Nie stykamy się z innymi zawodnikami, którzy rozpierzchli się po mieście. I dobrze, dość już kontrowersji i nieporozumień.
' Jutro mecz '. - myślę, patrząc w błękitne niebo. Białe obłoki krążą nade mną niczym uciążliwe komary. Pociągam spory łyk wody mineralnej. Czuję powiew chłodnego wiatru na skórze. Tuż obok zjawia się Paloma. Siada obok, trzymając w ręku pustą butelkę.
- O czym myślisz? - pyta.
Niewidocznie uśmiecham się. ' Za dobrze mnie zna '. - myślę.
- O niczym. - odpowiadam zgodnie z prawdą.
*
Nadszedł dzień zawodów, toteż drużyny wcześnie rano zjawiły się na stadionie. Jako jedyni nie uczestniczymy w rozgrywkach. Schodzimy na dół, gdy na dole panuje cisza. Idziemy korytarzem, po czym kierujemy się do salonu. Z oddali słyszę dźwięk włączonego telewizora i krzyk tłumu. Marszczę brwi. Wchodzimy z szatynką do pomieszczenia. Chłopaki siedzą na krzesłach i wpatrują się w telewizor. Siadam na wolnym krześle to samo czyni Dicarlo.
- Dzień dobry wszystkim! - krzyczy Dj do mikrofonu i zagłusza gwar na arenie. - Zapewne nie mogliście doczekać się dzisiejszego dnia ja też. - Fani krzyczą radośnie. Szatyn zakrywa uszy, słysząc tak skondensowany krzyk. - No dobra nie będę przedłużał. A oto nasi pierwsi zawodnicy! - mówi. Światła reflektorów padają prosto na sylwetki nadchodzących nastolatków. - Pierwszy mecz stoczą Bladebreakers i White Tigers!
Drużyny zasiadają na metalowych ławkach, otoczonych żelaznymi ścianami i półkolistym dachem. Jezzman cierpliwie czeka po czym daje sygnał ręką.
- Jako pierwsi zagrają....- milknie, patrząc na nadchodzących zawodników. - Tyson i Ray! - Na arenę wchodzą ów osobnicy. Patrzą na siebie z pewnością i determinacją. Milczą, przeszywając siebie wzrokiem. - Zaczynamy! - oznajmia brązowooki. Odlicza. - Let's it rip!
Dwa dyski zderzyły się ze sobą: biały i metaliczny. Ścierają się ze sobą wywołując fale małych iskier. Po czym odskakują, jak dwa walczące drapieżniki, gotowe w każdej chwili się na siebie rzucić. Dyski wirują po czaszy w zawrotnym tempie, ocierając się o siebie. Kamera lawirowała pomiędzy zawodnikami, ich dyskami i widownią, która przypatrywała się walce w niemym zachwycie. My też patrzyliśmy na dziki taniec dysków niczym para tancerzy płynąca po parkiecie. Oderwały się od siebie. Granger uśmiecha się szeroko.
- Zobaczymy kto jest najlepszy. - słyszę jego wysoki głos. - Dragoon! - woła bestię.
Czarnowłosy mruży swe złote oczy, odpowiadając tym samym.
- Driger.
Dwie bestie wypłynęły z dysków, roztaczając swój blask. Tłum zamarł oczarowany ich gracją i siłą. Potężne stwory zwarły się ze sobą, drapiąc i kłapiąc paszczami.
- Galxy Storm!
W jednej chwili rozpętało się tornado. Szalejący wiatr łopocze ubraniami zawodników, a także porywa dysk Kon'a. Chłopak zasłania się rękoma, widząc swą nieuchronną klęskę.
- Falcon Claw! - mówi, przekrzykując wiatr.
Zielona błyskawica zalała swym blaskiem arenę. Przymkłam oczy, zasłaniając wzrok. Otwieram je po chwili, a ekran zatrzymał się na nieruchomych dyskach wybitych po za arenę.
- Remis! - mówi Dj do mikrofonu.
Tłum krzyczy, fani niemal zdzierają sobie gardła, chcąc dać otuchy swoim idolom. Granatowłosy podnosi dysk. Zaciska do lekko w dłoni i uśmiecha się. Bezgłośnie szepce 'Dziękuję'.
Ray podchodzi do kolegi, podają sobie dłonie. Widownia wiwatuje.
- Następną walkę stoczą Lee i Daichi!
Następna walka okazuje się nie być tak wyrównana jak poprzednia. Wong atakuje zaciekle przeciwnika, który jest silniejszy od niego. Po kilku sekundach walkę wygrywa Sumeragi. Bladebreakersi przechodzą dalej. Odrywa wzrok od ekranu.
- O której mamy samolot? - pytam.
Santiago niechętnie odpowiada.
- O dwunastej.
Kiwam głową, po czym zerkam na drewniany zegar. Wskazuje dziesiątą.
- Musimy się zbierać.
-Niestety.- przyznaje Pablo, wpatrzony w telewizor.
Marszczę brwi.
- Musimy się spakować. - oznajmia szatynka.
Wstaje bez ociągania i idę za koleżanką na górę.
Zbieram swoje rzeczy, jest ich niewiele i chowam je do torby. Zasuwam torbę i przewieszam sobie przez ramię. Jest ciężka. Lekko chwieje się.
- Gotowa? - pytam brązowooką.
Dziewczyna z łoskotem stawia torbę na ziemi. Patrze jak chowa kosmetyki do drugiej mniejszej torby, po czym bierze obie.
- Tak.
W milczeniu schodzimy na dół, kierując się w stronę salonu. Chłopaki nawet nie drgnęli, kiedy przekraczałyśmy próg pomieszczenia. Wpatrzeni w telewizor, nie zauważyli naszej obecności. Mimowolnie zerkam na ekran, gdzie pojawiają się twarze zawodników. BEGA gra przeciwko All Star. Widzę twarz Ricka, wykrzywioną w wyrazie furii i determinacji. Wzdycham cicho, odrywając wzrok.
- Idziemy?
Zero reakcji.
- Może zabierzecie ze sobą ten telewizor. - mówi złośliwie szatynka.
Cicho śmieje się. Ramirez odwraca głową w naszą stronę.
- Dobry pomysł. - odpowiada zdezorientowany Pablo.
- Chcecie zabrać telewizor? - pyta Dicarlo z niedowierzaniem.
Chłopaki odwracają się w naszą stronę.
- Co? Nie. Znaczy...- wzdycha. - Jedziemy. - mówi czarnowłosy, wstając.
- Jeśli to Was pocieszy w samolocie również jest telewizor. - mówię z uśmiechem.
Koledzy kiwają głowami, zabierając swoje torby, które leżały obok drzwi.
- Serio? - pyta niedowierzająco bursztynooki. - Ostatnio nie widziałem żadnego. - mówi jakby do siebie.
- No to idziemy- oznajmia Rafael.
Siedzę w wypchanym fotelu, patrząc na widok za oknem. Do moich uszu dociera cichy szmer wydobywający się z czarnego pudełka. Chłopaki włączyli telewizor, lecz na naszą prośbę - moją i Palomy, przyciszyli głos abyśmy mogły spokojnie odpoczywać.
- Zaraz startujemy. - słyszę słaby głos pilota, który wydobywa się z głośnika.
Odwracam głowę w stronę okna. Przymykam oczy, wsłuchana w odgłosy startującego samolotu. Usypiam.
*
Wreszcie skończyłam. Chyba już cały tydzień piszę ten rozdział, który wyszedł marnie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Nie wiem czy nadal chcesz pisać tego bloga, ale stwierdziłam, że skoro poświęciłam czas na przeczytanie go to wypada też zostawić komentarz. Ogólnie całkiem dobry styl jeśli chodzi o pisanie, aczkolwiek znalazłam całkiem sporo błędów, choć podejrzewam, że większa część z nich powstała z przeoczenia. Większy problem mam z tym, że blog miał być poświęcony Kai'owi, a tymczasem głównym bohaterem jest dziewczyna. Na dobrą sprawę Kai pojawił się dopiero kilka razy i to nawet nie w bezpośredniej konfrontacji (chyba, że coś przeoczyłam). Po fabule spodziewałam się, ze całe story będzie opisane z jego punktu widzenia, ale to w sumie nie jest najważniejsze. Uważam tylko, że jak na opowiadanie o Kai'u trochę tu za mało właśnie Kai'a. Może powinnaś skupić sie bardziej na wprowadzeniu go do gry niz na opisywaniu tylu odczuć i przemyśleć głównej bohaterki? Generalnie nawet mi się to spodobało, jednak jeśli będziesz grać dalej na zwłoke jeśli chodzi i Kai'a, całość moze zwyczajnie znudzić. Czekam na dalszą część. Keep going! ;)
OdpowiedzUsuń