8 sierpnia 2012
Rozdział 7
Siedzimy w pokoju, milcząc. Patrzymy na ekran telewizora, oglądając ostatni mecz tego dnia.
Przed oczami migają mi twarze zawodników i ich dysków, które krążą po czaszy. Nie interesowało mnie to. Z westchnieniem usiadłam wygodniej na krześle, opierając się o poręcz. Chłopaki jak zahipnotyzowani patrzyli w ekran. Krzyk tłumu, wydobywający się z 'pudełka' ranił moje uszy. Lecz nie skarżyłam się.
- Pierwszą rundę wygrywa Julia! - Potem jest kolejna walka i kolejna. - Mecz wygrywa All starz! - Nie wiem, czegóż innego mogłam się spodziewać?
Drużyna z Ameryki okazała się być silniejsza niż w poprzednim roku.
- Na dziś to koniec, ale widzimy się za dwa dni! - Żegna się Jezzman, lekkim machnięciem ręki, po czym obraz urywa się, aż w końcu znika.
Rafael wyłącza telewizor. Następuje cisza, którą nikt nie chcę przerwać. Może i to lepiej?
Siedzimy długo, bez ruchu, aż boli mnie pupa od siedzenie. Nie mając wyjścia wstaje, chcąc rozprostować nogi i zbolałe plecy. Krzesła nie są tak wygodne jak sądziłam. Lekko wyginam się w tył, spoglądając w bialutki sufit.
- Idziemy? - pytam, gdy kończę się rozciągać.
Santiago wzdycha cicho, wypuszczając całe powietrze, które zgromadził w płucach.
- Tak. - mówi, wstając i odstawiając krzesło na swe poprzednie miejsce.
Reszta idzie w jego ślady, po czym bezszelestnie wchodzimy na korytarz. Wszystkie drużyny już dawno rozpierzchły się po mieście, chcąc (nie) uczcić wygraną. Tłumy ludzi i fanów, którzy przyszli na mecz skierowała się do swych domostw. Tylko my jako ostatni opuszczamy mury stadionu. Ta świadomość jest przytłaczająca.
Idąc, słyszę szmer butów po betonowej podłodze i nasze, świszczące oddechy. W końcu wychodzimy na świeże powietrze, a nasze twarze zalewa blask słońca. Zakrywam ręką oczy, spoglądając między palcami na ognistą kulę. Jest późne popołudnie, może nie tak, aż późne, jeszcze zdążę zjeść obiad. Słyszę szmer. Odwracam wzrok, spoglądając na oddalające się sylwetki chłopaków: Pabla i Santiago. Marszczę brwi.
- Gdzie oni idą? - pytam.
Blondyn wzrusza ramionami, wpychając ręce do kieszeni.
- Nie wiem. Pewnie chcą przełknąć swą przegraną gdzieś w kącie. - mówi, w jego głosie słyszę gorycz. - Myślą, że tylko oni czują się tak podlę. - dodaje, po czym znika za rogiem stadionu.
Wzdycham, kręcąc głową.
- No i poszli. - mówię, patrząc na tłum gapiów, który kręcił się wokół stadionu.
- Tak. Muszą to odreagować. - szepce Paloma. Odwracam się w jej kierunku, uświadamiając sobie jej obecność. Zapomniałam o przyjaciółce, myśląc tylko o przegranej chłopaków. - To co robimy? - pyta.
Nie potrafię jej odpowiedzieć, zapewne sama bym schowała się w jakimś ciemnym koncie, rozpamiętując przegraną walkę.
- Może coś zjemy? - odpowiadam po zastanowieniu.
-Ok.
Idziemy w kierunku centrum, gdzie zapewne znajdzie się jakaś restauracja albo knajpka. Mijamy przechodniów, którzy bynajmniej nie zwracali na nas uwagi. Ryk klaksonów i krzyki ludzi stawały się bardziej niedozniesienia. Lekki wiaterek muska moje blade policzki, pozostawiając na nich nie wyraźny ślad.
- Może tu? - Szatynka wskazuje na niewielki budynek o barwie jasnej żółci.
Kiwam głową. Wchodzimy do restauracji. Pierwsze co mnie uderza to intensywność zapachów przypraw i potraw jakie serwowano w ów restauracji. Stoję i napawam się ich słodkością. Przymykam oczy na chwilę. Brązowooka siada na wolnym miejscu, idę w jej stronę. Siadam obok, biorąc do ręki menu.
Patrzę na listę potraw, zastanawiając się, którą wybrać. Nagle słyszę śmiech, głośny i wyrazisty. Marszczę brwi. Rozglądam się wokół, szukając źródła dźwięku. Zatrzymuje wzrok się na postaciach siedzących w kącie pomieszczenia. Przyglądam się ich bluzą, na których widnieje logo All Starz. Nie widząc nas, całkowicie pochłonięci w rozmowie. Dicarlo spogląda niepewnie na amerykańską drużynę.
Odwracam wzrok. Patrzę w kartę.
- Co podać? - pyta kelner, który pojawia się nagle, znikąd.
Paloma wzdryga się przestraszona.
- Niech będzie piątka. - mówię i podaje mężczyźnie menu.
Odbiera ode mnie kartę.
- Ja to samo. - mówi szatynka.
Kelner kłania się lekko i odchodzi.
Siedzimy cicho. Przez moją głowę przechodzą dziwne myśli. Rozpędzam je. Ludzie wchodzili i wychodzili z lokalu. Wybiła piętnasta. Tłum rozrzedzał się, aż w końcu zaledwie kilka osób siedziało w pomieszczeniu. No i dobrze. Nigdy nie lubiłam tłumów.
-Długo mamy czekać jestem głodna. - skarży się brązowooka.
Uśmiecham się. Czuje uścisk na żołądku, który domaga się jedzenia. Wzdycham.
- Oto wasze dania. Smacznego.
Kelner pojawia się, podając nam spaghetti. Czuję przyjemny zapach pomidorów i przypraw. Mężczyzna odchodzi, podchodząc do innego stolika. Biorę do ręki widelec, nakładając porcję makaronu oblanego czerwonym sosem. Jem ze smakiem, niemal łapczywie pochłaniam rozmiękczony makaron.
- Kogo mu tu mamy? - słyszę ochrypły głos.
Odwracam się w stronę źródła dźwięku. Widzę chłopaka o białych włosach, związanych w kitkę. Stoi i patrzy na nas z kpiną. Marszczę brwi, zła, iż przerwano mi posiłek. Nie daje tego po sobie poznać.
- Czego chcesz? - mówię lodowato.
Wzrusza ramionami, lecz nadal parzy w ten dziwny sposób, który powoli mnie irytuje.
- A gdzie wasi koledzy? - pyta. - Czyżby schowali się w kąt i płakali? - uśmiecha się zadziornie. Lecz to mnie nie rusza. - Hm... a może już pakują swoje walizki do domu. Biedactwa. - Śmieje się głośno, niemal histerycznie.
Nastała cisza. Ludzie patrzyli na nas z zaciekawieniem. Członkowie drużyny z All starz wstają i powoli kierują się do wyjścia. Wszyscy przechodzą milczą, jednak widzę ich uśmieszki wymalowane na twarzy. Nie odrywam wzroku od Anderson'a, która uśmiecha się głupkowato.
- Rick! - woła niski blondyn.
- Już. - odpowiada, nie odwracają się.
- Mam dla Was radę. - mówi zniżając głos. - Lepiej zrezygnujcie z zawodów albo pożałujecie. - Groźba wisi w powietrzu. Nie mówię nic. - Ja Was tylko ostrzegam. - podnosi ręce do góry i wzrusza ramionami.
- Rick! - krzyczy Max, zdenerwowany.
- No już! Spokojnie tylko rozmawiałem z 'koleżankami'. - mówi akcentując ostatnie słowo.
Podchodzi do niebieskookiego i wychodzą razem z restauracji. Słyszę śmiech i karcący głos blondyna. Odchodzą. Odwracam się. Szatynka patrzy na mnie, jednak milczę.
W ciszy zjadamy spaghetti i wychodzimy z budynku. Idziemy wolno chodnikiem. Patrze na mijanych ludzi. Oni jednak nie widzą mnie.
- Co za dupek! - krzyczy zdenerwowana Paloma. - Mogłaś mu nagadać. - mówi z naganą w głosie. Wzruszam ramionami. - Nie rusza Cię to? - Nie daje za wygraną.
Wzdycham cicho i spoglądam na przyjaciółkę.
- Rusza i to bardzo. - szepce, patrząc na czubki własnych butów.
- To czemu nic nie powiedziałaś?
- Hm...- mruczę. - Może dlatego, że to nie miało by sensu. - milknę. - Po za tym spotkamy się na arenie i wtedy się okażę kto jest silniejszy. - dodaje, za nim Paloma się wtrąci.
Zamyka usta, patrząc na mnie przez chwilę.
- Może masz rację. - mówi cicho. - Ale to było chamskie. - Kiwam głową, zgadzając się z nią.
*
Nadszedł już wieczór, gdy zjawiamy się w ośrodku. Niebo pociemniało, ukazując rząd migoczących gwiazd. Wiatr ucichł. Powoli kierowałyśmy się w stronę salonu.
Mam nadzieję, znaleźć tam chłopaków, aczkolwiek nie jestem tego pewna. Idziemy, wolno maszerując korytarzem. Lampy błyszczą nad nami, oświetlają pomieszczenie. W oddali słyszę rozmowy dochodzące z salonu. Nie rozpoznaje żadnego z nich. Chłopaków tam nie ma.
- Spodziewałem się czegoś więcej. - mówi chłopak z silnym niemieckim akcentem.
- Ja zaś niczego, więc nawet mnie nie dziwi, że przegrali. - odpowiada drugi, Szkot.
- Cóż. Możliwe, że byli zdezorientowani, gdyż wszyscy nam kibicowali. - wtrąca się trzeci.
Marszczę brwi. Patrzę na Dicarlo, która mi się przygląda.
-Heh. Dziwisz się? Przecież tylko dzięki temu, że oszukiwali biorą udział w zawodach.
- A sam mówiłeś, żeby dać im szanse. - mówi pierwszy.
McGregor wzrusza ramionami.
- Mówiłem, ale poglądy mogą się zmieniać. - mówi niedbale.
Zaciskam mocno usta i całą siłą woli powstrzymuje się, aby nie wpaść tam i im nie nagadać. Teraz wszyscy tam myślą, że oszukiwaliśmy. Patrzę na własne buty, aby zebrać myśli. Jestem zła. Nie zła, wściekła.
Czuję potrzebę, aby wygarnąć im co o nich myślę. Co myślę o tych zawodnikach i kibicach, lecz powstrzymuje się. Znowu. Wypuszczał cicho powietrze. Staram się uspokoić i wyciszyć. Ale czy powinnam? Paloma stoi obok mnie, bezbronna i zdezorientowana. Posyłam jej krótkie spojrzenie. Kiwa głową. Przechodzimy obok drzwi, nawet nie patrząc na osobników, którzy siedzą na krzesłach. Słyszę ciche sapnięcie. Nie odwracam się, idę dalej. Odprowadza nas cisza, niezmącona żadnym dźwiękiem.
Wchodzimy na swoje piętro. Odetchnęłam z ulgą. Mogę się trochę zrelaksować. Kierujemy się do swego pokoju i już nie wychodzimy. Zerkam na zegar, który wybija dziewiętnastą. Nie mając ciekawszych zajęć, oglądamy telewizję. Po godzinie mam dość i kładziemy się spać. Milczymy obie. Gasimy światło. Zasypiamy. Długo nie mogę zasnąć. Patrzę na przyjaciółkę. Oddycha miarowo przez sen, śpi. Nie chcę jej budzić. Słyszę cichy łoskot na korytarzu i potok przekleństw. Spoglądam na zegar, wskazuje dwudziestą pierwszą. Cicho wzdycham. Po chwili hałasy na korytarzu milkną, a ja mogę spokojnie iść spać. Zasypiam.
***
Kolejny rozdział za nami.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz