Stałam, okrągłymi oczami wpatrując się w duży ekran. Obraz zafalował, ukazując rząd postaci - zawodników, którzy będą grać. Słyszałam głośne krzyki widowni, która nie mogła się doczekać pierwszego meczu. Niemal z radością zaczęli wykrzykiwać imiona swoich idolów. Z nikłym uśmiechem spojrzałam na swe dłonie, skryte za białymi rękawiczkami, na których był wyszyty czarny smok, pamiątka po dawnych czasach. Wpuściłam kolejną dawkę powietrza do płuc, czując pył i pot pomieszany z zapachem perfum.
- Zaczynamy! - krzyknął Dj do mikrofonu.
Zaczęło się losowanie. Kogo wybierze? Miałam cichą nadzieję, że nie nas. Nie byłam za bardzo przygotowana do gry. Zmarszczyłam brwi, kiedy czerwone kwadraciki zatrzymały się na członkach drużyny Blitzkreieg Boys i Barthez Battalion.
- Pierwszy męcz grają Blitzkreieg Boys i Barthez Battalion! - wykrzykuje Jezzman.
Tłum szaleje, tylko zawodnicy pozostają spokojni. Patrząc na owe drużyny, z łatwością można rzec, kto wygra. Czerwonowłosy chłopak niemal z kpiną przygląda się przeciwnikom, zapewne widząc ich porażkę. Lecz wszystko może się zdarzyć. Wszystkie drużyny opuszczają arenę, prócz wybranych graczy, w tym im my. Postanawiamy pooglądać mecz w 'swoim' pokoju. Bez zwłoki ruszamy w kierunku korytarza, pozostawiając inne drużyny w tyle. Bezszelestnie wchodzimy do pomieszczenia, gdzie Santiago od razu włącza telewizor. Urządzenie zabrzęczało, po czym pojawia się obraz. Siadam wygodnie na krześle, obserwując co dzieje się na arenie. Dj stoi pośrodku stadionu, odziany w czarny strój. Gestem ręki wzywała zawodników.
- Drużynę Barthez Battalion reprezentuje Miquel! - rzekł do mikrofonu. Blondyn wstaje z ławki, powoli podchodząc do areny. - A - za nim jednak powiedział, tuż obok zjawia się fioletowooki. - Tala! - Chłopak ze spokojem patrzy na przeciwnika, jakby chciał go rozbroić samym spojrzeniem. - A teraz zobaczmy jak wygląda czasza. - powiedziawszy to, wokół niego pojawia się dym, który szybko znika. Wszyscy wstrzymują oddechy patrząc na arenę, która przypomina małe miasto. - Gotowi? - mówi mężczyzna, lecz nie czeka na odpowiedź zawodników. - Trzy, dwa, jeden, Lets it rip!
Dyski zderzyły się w powietrzu, wywołując lekki wietrzyk, który targa ich ubraniami. Po czym odskakują do siebie, każdy lądując w innej uliczce. Tala uśmiecha się jakby ta próba sił była zabawna. Jego szary dysk poruszał się szybko, mknie przez arenę do przeciwnika. Dysk Miqeula poruszała się w zawrotnym tempie chcąc jak najszybciej dostać się do rywala.
Niebieskooki rozpoczyna swój atak, zażarcie spychając dysk Ivanova ku piętrzącym się budynkom. Ten jednak nie pozostaje mu dłużny i odciera ataki. Mija minuta, za nim wokół areny zaczynają spadać płatki śniegu. Czerwonowłosy uśmiecha się wrednie.
- Już po Tobie. - mówiąc to dysk Miquela zamienia się w sopel lodu, po czym uderza niespodziewanie. Czerwony dysk wylatuje za czasze. Mija chwila za nim Jezzman otrząsa się z szoku i ręką wskazuje zwycięzce.
- Wygrywa Tala! - Tłum krzyczy radośnie, choć znaleźli się tacy, którzy nie byli zadowoleni wygraną rosyjskiej drużyny.
- W następnej rundzie będą walczyć Kai i Claude! - Obaj przeciwnicy stają na przeciw siebie.
Rozpoczyna się odliczanie, a po chwili ich dyski krążą wokół trochę zlodowaciałej areny. Walka nie trwa długo, zaledwie kilka sekund.
- Spektakularna wygrana Kai'a! - krzyczy Dj. - Blitzkreieg Boys wygrywają mecz a także przechodzą dalej!
Szatyn przycisza głos, aby nie słyszeć krzyków fanów.
- Są silni. - rzekł po chwili namysłu Rafael, nie odrywając wzroku od ekranu.
Jazzman kręcił się po arenie wymachując rękoma, pokazując na ekran.
Automat wybiera kolejną drużynę. Czekamy, wpatrzeni nieruchomo w obraz. Pojawia się, na szczęście nie my.
- White Tigers zmierzy się z BEGĄ! - oznajmia brązowowłosy.
- Zapowiada się ciekawy mecz. - szepcze Pablo.
Kiwam z zamyśleniu głową, nie bardzo wiedząc co powiedzieć, toteż nic nie mówię. Ów drużyna zagra swój pierwszy prawdziwy mecz w Mistrzostwach. Nie to co przedtem, gdy służyli Borys'owi, który wykorzystał ich w swoim celu. Słaby krzyk tłumu, obwieszczał, iż drużyny znalazły się na arenie. Każda z nich zajęła swoje miejsce na drewnianej ławce. Zauważyłam, że Ray i Lee naradzają się skrupulatnie, posyłając niepewnie spojrzenia w stronę drugiej drużyny. Po chwili przyłącza się do nich reszta przyjaciół.
- Proszę zawodników o zajęcie miejsc. - mówi głośno Dj.
Szarowłosy chłopak wstaje z ławki i podchodzi do Jezzmana.
- Drużynę BEGA będzie reprezentował Garland.- oznajmia brązowooki. - A White Tigers....- Mężczyzna spogląda niepewnie w kierunku owej drużyny.
- Ja. - odpowiada czarnowłosy chłopak.
- ...reprezentuje Lee. - dokańcza przerwane zdanie Dj.
Chłopacy stoją na przeciwko siebie, gotowi w każdej chwili, aby rozpocząć walkę. - Za nim jednak rozpocznie się mecz, zmiana czaszy! - zapowiada szatyn. Arena zmienia się, a na jej miejscu pojawia się nowa, zwykła. Jest półkolista o barwie ciemnego metalu. - Let's it rip! - Dyski lądują w czaszy.
Na początku wirują, mknąc jeden za drugim. Siebald postanawia jednak nie tracić czasu. Żarliwie atakuje żółtookiego, chcąc go wypchnąć po za arenę. Tamten jednak nie daje się, lecz widać, że jest zmęczony. Minęła zaledwie chwila, a zawodnicy są przemęczeni. Ich ataki są przesączone mocą. Walczą profesjonalnie i z pasją. Lecz tylko jeden będzie zwycięzca.
- Wybacz Lee, ale nie mam czasu na gierki. - mówi szarowłosy.
Jednym ruchem a dokładnie kopniakiem powala przeciwnika a czarny dysk ląduje za czaszą. Zdezorientowany i przestraszony Lee, stoi przez chwilę bez ruchu, po czym lekko odwraca się za siebie. Jego wzrok spoczął na swoim dysku.
- Galeon! - krzyczy roztargniony.
Podchodzi i zabiera dysk. Z skamieniałą twarzą kieruję się w stronę ławki, gdzie czeka na niego przyjaciel. Nic nie mówi, gdy ten przychodzi obok niego.
- Przepraszam. - krótkie słowo.
- Spoko. - odpowiada Ray, ale widać, że aż cały drży. Jego kocie oczy przyglądają się przeciwnikom. - Idę. - mówi, ucinając całą dyskusję. Jego przeciwnikiem jest Mystel. Ich walka nie trwa długo, kończąc się wygraną Kon'a. Kto by pomyślał, że w przypływie gniewu i determinacji pokona tak dobrego zawodnika BEGI.
- Mamy remis. - rzekł Jezzman. - Jeszcze jedna runda. Kto zagra? - szybkie pytanie do drużyn.
Ming Ming wstaje z ławki. Tłum wrzeszczy uradowany jej obecnością, tym bardziej chłopcy. Wszyscy z należytym oddaniem kibicują jej. Niebieskowłosa posyła szerokie uśmiechy i macha, radując się wraz z nimi.
- Nie rozpraszaj się. - upomina Garland. Posyła mu jeden z pogodnych uśmiechów.
- Ok. - Podchodzi powolnie do czaszy w ręku dzierżąc mikrofon. Jej przeciwnikiem jest Gary. Jest silny aczkolwiek nie taki sprytny na jakiego wygląda.
- Trzy, dwa, jeden. Let's it rip! - Dwa dyski uderzyły o siebie. Wirując razem, tworzą na czaszy niewidzialne wzory. Chłopak starał się skupić na walce, lecz jego żałądek głośno protestował.
- Jestem głodny. - mruczy niezadowolony.
- Skup się na walce a nie jedzeniu! - krzyczy zbulwersowana Mariah.
Czarnowłosy uśmiecha się głupkowato, myśląc o przepysznej pieczeni, która skosztuje po walce. Zaraz jednak się opanowuje.
- Glazzy, atakuj! - Jego dysku ze zgrzytem uderzała w przeciwnika.
- Venus Templation! - krzyczy Ming Ming.
Jej różowy dysk z dużą szybkością atakuje czerwony, po czym wybija go za czasze. Walka skończona.
- Wygrywa Ming Ming! - oznajmia Dj.
- Yee....wygrałam! - krzyczy zadowolona bursztynooka, machając do publiczności.
Drużyna Białego Tygrysa schodzi z areny, milcząc. Na ich twarzach jest wymalowane rozczarowanie, że przegrali ów mecz.
Kolejne losowanie. Byłabym rada, gdyby już dawno było wiadome kto gra. Nerwy potrafią doprowadzić człowieka na skraj wytrzymałości. Bezgłośnie odliczam czas, aby trochę się uspokoić.
- Zobaczymy teraz kogo wybierze koło fortuny.
Kiepski żart w kiepskim stylu. Nikt się nawet nie zaśmiał, toteż brązowooki przeszedł do losowania. Sekundy wloką się niemiłosiernie, a minuty stają się wiecznością. Czas igra z nami jak kot z myszą, którą i tak pożrę. Czerwone kwadraciki zalśniły a ja na chwilę przymknęłam powieki. Na ekranie pojawiły się nasze podobizny i The Majestics. Na początku myślę, że to żart, jednak okazują się to być przeznaczeniem. Widownia jakby zamarła bez ruchu, wpatrzona w ekran. Tylko Dj zachowywał się jak jakby nic się nie stało.
- Zapraszam owe drużyny. - To było jak wyrok choć takowym nie był.
Wstaje, ociężale, czuję jak moje mięśnie są spięte. Wychodzimy, milcząco, jedno po drugim. Paloma idzie z nami. Korytarz jest pusty i ciemny. Czuję się jak w jaskini choć nie wiem czemu. W oddali słyszę krzyk tłumu. Wchodzimy. Światła reflektorów zalewają arenę jasnym blaskiem. Tłum zamiera na nasz widok. Słychać tylko słabe szmery. Siadamy na ławce, lecz cisza nadal wisi w powietrzu. Co jest irytujące. Nagle z naprzeciwka wychodzą nasi przeciwnicy, wszyscy wyniośli, odziani w zbroje. Tłum ożywa tak jak kwiaty na wiosnę.
- Nie lubią nas. - stwierdza złośliwie Pablo. Ma rację.
Widzowie niemal z lubością wykrzykują imiona europejskich zawodników. Ci machają, pocieszeni ich dopingiem. A my? Siedzimy i patrzymy na tą scenę z rosnącą rozpaczą. Może nie tak wielką, lecz czuję zawód. Nikt o Nas nie pamięta. Cóż się dziwić, minęło prawie pięć lat. Kto by pamiętał o takiej drużynie? Westchnęłam cicho. Miałam tylko nadzieję, że mecz nie potrwa długo. To by było dość uciążliwe. Mija kilka sekund za nim The Majestics siadają wygodnie na swoich ławkach. Tłum jednak nie przestaje i nadal krzyczy, okazując poparcie właśnie tej drużynie. Przewróciłam oczami. Powoli robiło się to irytujące.
- Kto pierwszy? - pyta Jezzman, patrząc na nas ukradkiem.
Santiago wstaje bez żadnej zapowiedzi i kieruję się w stronę mężczyzny. Ludzie milczą, tylko ich ciche szepty docierają do naszych uszu.
-...to oni...słyszałeś co zrobili?..
- tak...jak mogli ich dopuścić do zawodów..
- No dobrze! - mówi Dj chcąc zagłuszyć dalsze komentarze. - The Majestics! - Sam kapitan drużyny, postanawia walczyć jako pierwszy.
Staje przed brązowowłosy, niewzruszony. Zaczyna się odliczanie, po czym dyski krążą po czaszy, która została zmieniona. Przedstawia ona park, z fontanną po środku i małymi ławeczkami. Jurgen atakuje, przeciskając się między ławeczkami i mknąc w kierunku żółtego dysku.
- Foxylion! - mówi Ramirez. Dysk odskakuje w ostatniej chwili przed atakiem.
-Hm...boisz się mnie zaatakować? - pyta fioletowowłosy, patrząc jak jego dysk goni dysk Santiago.
Zielonooki marszczy brwi.
- Nie boję się. - szepce.
Foxylion zawraca i atakuje przeciwnika, który nie potrafi odeprzeć ataków. Albo i nie chciał. Stał, patrząc jak jego dysk obrywa.
- Trochę się zawiodłem. - mówi spokojnie, bez ogródek.
Santiago marszczy brwi, lekko przygryzając wargę. Jest rozzłoszczony.
- Foxylion! - krzyczy, chcąc zaatakować całą mocą.
- Griffoyon! - Obie bestie ukazując się w tej samej chwili, lis o pięciu ogonach i potężny gryf. Był większy niż przypuszczałam. Fioletowooki patrzy na Ramirez'a chcąc jakby odgadnąć co tamten ukrywa. Wzdycha. - Wing Dagger! - krzyczy.
Jego bestia rozpościera skrzydła, po czym mknie w stronę lisa, którego kąsa i powala. Wzbijają się tumany kurzy, gdy oba dyski z dużą siłą wbiły się w czaszę. Wszystko zakrywa dym. Widzę tylko zielonookiego, który nadal stoi. Nie. Klęczy, trzymając się za prawe ramię. Chyba odłamek czaszy przeciął mu lekko skórę, pociekła krew. Nie. Kurz opada, z którego wyłania się dysk Jurgen'a. Dyska szatyna leży, bezwładnie.
- Wygrywa Robert! - oznajmia brązowooki.
Tłum krzyczy, wiwatując. Robert odchodzi zadowolony. Kątem oka spostrzegam, że Santiago wstaje, powoli i bierze dysk. Patrzy na niego z urazą, jakby to jego była wina, po czym jednak chowa go do kieszeni. Kieruje się w naszą stronę. Spuścił głowę jakby się wstydził własnej słabości.
- Przegrałem. - mówi i przystaje.
- Nic nie szkodzi. - mówię, chcąc jakoś go pocieszyć.
Nie reaguje. Omija mnie i siada. Patrzę na jego ranę, z które ciekła krew, chciałam ją opatrzyć, lecz wiem, że chłopak nie pozwoli mi na to. Niech emocje opadną. W następnej kolejność idzie Pablo. Jest zdenerwowany, spogląda przez chwilą na kapitana, lecz odchodzi w kierunku czaszy. Jego przeciwnikiem jest niejaki Johnny. Rozpoczyna się walka. Szkot z zawziętością i brutalnością wyżywa się na czarnowłosym. Bawi się nim. Chcę go zmęczyć i poniżyć. Udaje się mu. Dysk orzechowookiego wylatuje za czaszę. Dwie porażki.
- Chyba już nie ma sensu grać trzecią rundę. - mówi rudowłosy do Dj.
Ten zdezorientowany patrzy na nas a my odwracamy wzrok. Żałosne.
- Chyba tak. Ten mecz wygrywa The Mejestics!
Już nie chcę słyszeć tego tłumu, nie chcę tu być. Patrze bezradnie jak chłopacy z posępnymi minami wstają z ławki. Paloma posłała mi słaby uśmiech. ' Ten mecz to porażka ' - myślę. Fani krzyczą, a my powoli kierujemy się w stronę wyjścia. Czuję na sobie baczne spojrzenia europejskich zawodników. Nie odwracam się, idę dalej.
- Następnymi drużynami, które będę...- więcej już nie słyszę, pogrążona we własnych myślach.
Nie chce oglądać kolejnych meczów, mam dość. A przecież to nie ja grałam. Pablo i Santiago jak na złość milczą.
- To porażka. - nagle oznajmia Ramirez. Patrze na niego ze ściśniętym sercem. - Porażka. - Nie potrafiłam mu zaprzeczyć.
***
Rozdział za nami. Mam nadzieję, że się spodoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz