4 sierpnia 2013

Rozdział 12




[Amanda]

Budzę się wypoczęta i szczęśliwa. Wstaje i ostrożnie stąpam po podłodze. Ubieram się w czarne dresy i białą podkoszulkę. Wychodzę z pokoju, nie budząc Palomy. Zbiegam na dół i już po chwili mogę cieszyć się rannym, świeżym powietrzem. Przystaje i wdycham zapach ulicy. Jest szósta toteż na ulicy, nie widzę żywego ducha. Jest za wcześnie na cokolwiek. Cicho wzdycham. Biegnę przed siebie i zostawiam za sobą hotel i kilka pobliskich knajpek. Zostawiam za sobą wszystko. Oczyszczam swój umysł z niechcianych myśli i uczuć. Pozostaje tylko poczucie dołującej pustki i cichy chrzęst moich stóp stykających się z podłożem. Żałuje, że nie wzięłam mp3. Biegnę dalej, otoczona kokonem ciszy. Wydaje się to być dziwne, w tak dużym mieście. Ta cisza tu nie pasuje. Cicho łykam powietrze. Jestem już trochę zmęczona jednak szczęśliwa. Przystaje i rozglądam się wokół. Jestem w parku, małym i uroczym. Szukam wzrokiem ławki toteż znajduje ją niedaleko. Podchodzę sprężystym krokiem, po czym siadam. Wzdycham z ulgą i czuje pulsowanie mięśni moich nóg. Musiałam przebiec spory kawałek. Mój oddech uspokoił się jest równy i płytki. Układam głowę na oparciu ławki i patrzę prosto w błękitne niebo.  Przymykam oczy. W oddali słyszę  ujadanie psa i śpiew ptaków.
-Widzę, że nie tylko ja lubię poranki. – słyszę głos chłopaka. Otwieram oczy i zauważam osobnika   stojącego obok ławki. Ma rude włosy i turkusowe oczy. Na jego twarzy igra lekki uśmiech. Rozpoznaje go. Jeden z członków drużyny BEGA. Nie mówię nic.
-Mam na imię Brooklyn. – mówi i podaje rękę.
-Amanda. – Ściskam jego dłoń. Jest ciepła w dotyku.
-Widziałem jak grałaś. – zaczyna ale szybko kończy. Nie zamierzam mu ułatwiać rozmowy. – Mogę? – pyta, wskazując na ławkę. Kiwam głową. Chłopak siada wygodnie i obserwuje niebo.  Milczymy.
-Co tu robisz? – pyta.  Miałam nadzieję, że już nic nie powie. Uśmiecham się lekko.
-Mogłam zapytać Cię o to samo. – odpowiadam.
-To nie była odpowiedź. – mówi. Kręcę głową, niedowierzając.
-Biegam. – mówię cicho i beznamiętnie. Odwracam głowę i zauważam kilku spacerowiczów. Parę trzymającą się za ręce. Mężczyznę z psem, który obchodzi drzewo.
-Nie lubisz biegać? – pytam. Rudowłosy zastanawia się przez chwile.
-Nie. Lubię leżeć i obserwować. – wyjaśnia. Nie potrafię ukryć uśmiechu.
-Wolisz leniuchować. – To nie było pytanie.
-Bawi Cię to? – pyta bez urazy. Próbuje się uspokoić.
-Przepraszam nie chciałam Cię urazić. -  wyznaje i patrzę w bok. Na ulicy zbiera się tłum przechodniów i słychać wrzaski dzieci. Musi być późno.  Spoglądam ukradkiem na  Brooklyn’a. Uśmiecha się lekko a na jego ręku siedzi ptak. Zwykły ,mały, szary wróbel, który zaciekawiony patrzy na chłopaka. Marszczę lekko brwi, zdziwiona jak również  i zafascynowana.
-Muszę iść. – Nagle wstaje. Chłopak nie zwraca na mnie uwagi i przygląda się pierzastemu stworzeniu. Wzruszam ramionami i biegnę w kierunku hotelu. Nie odwracam się za siebie ani razu.



Wkraczam do hotelu i idę do pokoju, przebrać się. Wracam po chwili i udaje  się do jadalni. Przystaje na progu i szukam wzrokiem mojej drużyny. Zauważam ich. Pochłonięci w rozmowie z dwoma chłopakami z europejskiej drużyny. Marszczę brwi i powolnym krokiem idę do stolika. Dicarlo siedzi cicho i powoli zajada sałatkę owocową. Podniosła wzrok i zauważyła mnie. Macha do mnie. Uśmiechnęłam się.  Podchodzę i bez słowa siadam na pustym krześle.
-Cześć . –rzucam i patrzę w menu. Chłopaki przerwali rozmowę, aby na mnie spojrzeć. Fioletowowłosy patrzy na mnie przez chwilę, po czym odwraca wzrok.
-Chodź Johnny, musimy iść. – mówi i odchodzi z przyjacielem. Odkładam kartę i spoglądam na Santiago. Jest trochę nie obecny.
-Może ktoś mi wyjaśnić, co oni tu robili? – pytam. Pablo wzrusza ramionami. Czasami potrafi mnie zdenerwować i to bardzo.
- Przyszli wyjaśnić pewne kwestie. – odpowiada Rafael. Unoszę jedną brew.
- Przyszli przeprosić? – Czarnowłosy parska śmiechem. Blondyn patrzy na niego wymownie.
-Nie spodziewaj się po nich, czegoś takiego.
-Nie spodziewałam się. – dodaje.
-Zamówiłaś dla mnie? – Zmieniam temat i patrzę na brązowowłosą. Dziewczyna uśmiecha się i stawia mi sałatkę owocową przed nosem.
-Dzięki.
-Nie wiem jak możecie to jeść. – odzywa się bursztynooki, wskazując na miskę. Wzruszam ramionami.
-Normalnie. – odpowiadam.
-To wygląda jak… - Posyłam mu wrogie spojrzenie. Unosi ręce do góry w geście obrony. Kończymy naszą rozmowę. Byłam zbyt pochłonięta jedzeniem, aby reagować na miny Pablo.  Po posiłku wraz z brązowooką postanowiłyśmy trochę pozwiedzać. Chłopaki poszli w swoją stronę.
Nowy York jest piękny. Licząc tylko wysokie budynki ze szkła i stare budowle, które zachwycają  swoją konstrukcją. Słynna Statua Wolności  i niezapomniane widoki. Czego więcej pragnąć?  Zmęczyłam się, oglądając do wszystko. Siadam na ławce wraz z Palomą.  Wokół nas kręcą się ludzie. Rozglądam się i szukam znajomych twarzy. Nikogo nie znam. Szatynka łapie mnie za ramię i skutecznie odciąga moją uwagę od przechodniów.
-Co? – pytam trochę zła. Unosi lekko palec i celuje przed siebie. Podążam wzrokiem za jej znakiem i zauważam Julie. Idzie z bratem i jakimś mężczyzną.  Rozmawiają i najwyraźniej dziewczyna jest  zirytowana. Zatrzymuje się i tłumaczyć coś czerwonowłosemu. Nagle zamiera a jej wzrok zatrzymuje się na mnie. Marszczy brwi i milknie. Odwracam wzrok.
-Chyba tu przyjdzie. – mówi brązowooka.
-Po co? – pytam. Nie rozumiem tej Hiszpanki. Przyjaciółka nie odpowiada. Słyszę kroki a potem padł na mnie cień. Podnoszę wzrok i widzę Fernandez. Oczy jej błyszczą a twarz jest bez wyrazu.
-Tak? – pytam. Wiem, że to nie ładnie ignorować ludzi choć czasami mnie męczą.
-Ty! – warknęła. Nie odezwałam się. Walczyłyśmy na spojrzenia. Żadna z nas się nie ugięła. Brązowowłosa wyciąga dysk i pokazuje przed moją twarzą.
-Walcz ze mną. – mówi stanowczo. Ruch nagle zamiera. Zauważam za plecami dziewczyny Raul’a i zapewne ich opiekuna. Czekają. Kręcę głową.
-Nie. – mówię i nie zamierzam się tłumaczyć. Jej twarz czerwienieje od gniewu i upokorzenia. Pozostaje niewzruszona. Przez chwilę stoi i milczy. Na jej ustach błąka się uśmiech.
-Boisz się? – Wzruszam ramionami i całkowicie ją ignoruje. Cicho prycha. Próbuje udawać spokojną, ale jej nie wychodzi.  Żadnej reakcji z mojej strony. – Dlaczego nie chcesz walczyć?
-Bo nie mam ochoty. – odpowiadam zgodnie z prawdą. Przez chwilę taksuje mnie spojrzeniem po czym odchodzi wkurzona. Widzę jak brat próbuje ją uspokoić. Popycha go na blondyna a sama znika w tłumie.
-Można by rzecz, że jest trochę rozczarowana. – mówi Dicarlo. – Idę do sklepu, chcesz coś? – pyta i wstaje z ławki.
-Tylko wodę. – Dziewczyna kiwa głową i kieruje się w stronę małego budynku. Wzdycham.
- I znów pakujesz się w kłopoty. – słyszę głos przy uchu. Odwracam głowę i napotykam purpurowe tęczówki osobnika. Stoi za ławką  i jak zawsze trzyma splecione dłonie na klatce piersiowej. Dziwuje się, że on zawsze tak chodzi.
-Nie rozumiem. – mówię. Kai kręci głową i rozprostowuje ręce.  Teraz wisiały wzdłuż jego ciało.
-Czemu nie chciałaś grać?
-Bo nie. To nie wystarczający powód? – pytam i patrzę na niego. Przymyka oczy i siada na ławce. Milczy. A ja czekam na to co powie, jeśli cokolwiek powie. Wiatr bawi się jego włosami, które zasłaniają mu oczy.
-Wiesz, że teraz Ci nie odpuści i za każdym razem będzie chciała z Tobą walczyć?
-Mówisz z własnego doświadczenia? – Nie potrafię ukryć uśmiechu. Zachmurzył się. Przejrzałam go choć w tej kwestii.  Sam by tak postąpił na miejscu dziewczyny. Widocznie sportowcy nie potrafią odpuścić.
-Tylko mówię Ci co Cię czeka. – odzywa się i wstaje z ławki.
-Już idziesz? – pytam, zamiast drążyć temat. Jego twarz  tężeje.
-Tak. Mam kilka spraw do załatwienia. – Odchodzi równym krokiem a biały szalik tańczy wokół jego nóg. Kręcę głową. ‘ Bardzo ciekawy dzień ‘ – myślę. 
Mija może z pięć minut, gdy wraca szatynka. Podaje mi wodę.
-Straszna kolejka. – mówi i zjada mandarynkę.  Kai jest tajemniczy i to bardzo.



[Kai]

Siedzę przy stoliku i popijam małymi łykami herbatę. Kawiarnia jest mała i schludna. Przede wszystkim jest tu cicho.
-Cześć! – słyszę znajomy głos. Nie odwracam się bo wiem kto za mną stoi. Ciche szuranie krzesła  i brzdęk naczynia. Podnoszę wzrok na Tyson, który uśmiecha się szeroko.
-Nie mogłem Cię znaleźć. – mówi i bawi się wazonem. Widzę jak obraca szkłem na wszystkie strony. Kiwam głową i dopijam napój, jest już zimny. Krzywię się. Za nim odzywam się ktoś wpada na środka jak burza gradowa.
-Tyson! – Sumeragi  rzuca się na Granger’a. Wygląda to komicznie lecz nie śmieje się.
-Daichi! – Dziewczęcy głos zakłóca bójkę. Czerwonowłosy patrzy na kogoś ponad moim ramieniem. Uśmiecha się szeroko, niepewnie  po czym chowa się za plecami granatowłosego.  Hilary podchodzi do nas szybkim krokiem. Przystaje i uśmiecha się ciepło.
-Część  Kai.
-Cześć . – odpowiadam, nie wiedząc co powiedzieć więcej. Odrywa ode mnie wzrok i skupia się na Daichi’m.
-Z tobą nie skończyłam. – mówi i łapię go za ramię. Siłą wyciąga go z kawiarni. W oddali słyszę krzyki Kenn’ego. Wzdycham cicho i patrzę na przyjaciela. Poprawia bluzę, którą prawie ściągnął mu partner z drużyny.
-Chciałeś coś? – pytam i zastanawiam się, co chcę granatowłosy. Patrzy na mnie trochę zaskoczony a zarazem szczęśliwy.
-Porozmawiać. – mówi i patrzy w menu. Po chwili je odkłada na stole.
- O czym? – pytam ostrożnie i przyglądam się pustej filiżance. Wzrusza ramionami.
- To już nie można powspominać starych czasów? – mówi. ‘To będzie długi dzień’ – myślę. 

*
Kolejny rozdział.
Data publikacji: 04 sierpnia 2013

2 komentarze:

  1. Nie mogę się doczekać dalszej części :)Kai coraz częściej spotyka Amandę, bardzo interesujące ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hurra! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wielka była moja radość, kiedy znalazłam aktywnego bloga z opowiadaniem o Beyblade. Mnie naszło na kontynuowanie swojego, które przerwałam ponad dwa lata temu. Jednocześnie przeszukuję Internet, usiłując znaleźć aktywnych fanów Beyblade. Od jutra biorę się do czytania Twojego opowiadania. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń