[Amanda]
Budzę się wypoczęta i szczęśliwa. Wstaje i ostrożnie stąpam
po podłodze. Ubieram się w czarne dresy i białą podkoszulkę. Wychodzę z pokoju,
nie budząc Palomy. Zbiegam na dół i już po chwili mogę cieszyć się rannym, świeżym
powietrzem. Przystaje i wdycham zapach ulicy. Jest szósta toteż na ulicy, nie
widzę żywego ducha. Jest za wcześnie na cokolwiek. Cicho wzdycham. Biegnę przed
siebie i zostawiam za sobą hotel i kilka pobliskich knajpek. Zostawiam za sobą
wszystko. Oczyszczam swój umysł z niechcianych myśli i uczuć. Pozostaje tylko
poczucie dołującej pustki i cichy chrzęst moich stóp stykających się z podłożem.
Żałuje, że nie wzięłam mp3. Biegnę dalej, otoczona kokonem ciszy. Wydaje się to
być dziwne, w tak dużym mieście. Ta cisza tu nie pasuje. Cicho łykam powietrze.
Jestem już trochę zmęczona jednak szczęśliwa. Przystaje i rozglądam się wokół.
Jestem w parku, małym i uroczym. Szukam wzrokiem ławki toteż znajduje ją
niedaleko. Podchodzę sprężystym krokiem, po czym siadam. Wzdycham z ulgą i
czuje pulsowanie mięśni moich nóg. Musiałam przebiec spory kawałek. Mój oddech
uspokoił się jest równy i płytki. Układam głowę na oparciu ławki i patrzę
prosto w błękitne niebo. Przymykam oczy.
W oddali słyszę ujadanie psa i śpiew ptaków.
-Widzę, że nie tylko ja lubię poranki. – słyszę głos chłopaka.
Otwieram oczy i zauważam osobnika stojącego obok ławki. Ma rude włosy i
turkusowe oczy. Na jego twarzy igra lekki uśmiech. Rozpoznaje go. Jeden z
członków drużyny BEGA. Nie mówię nic.
-Mam na imię Brooklyn. – mówi i podaje rękę.
-Amanda. – Ściskam jego dłoń. Jest ciepła w dotyku.
-Widziałem jak grałaś. – zaczyna ale szybko kończy. Nie
zamierzam mu ułatwiać rozmowy. – Mogę? – pyta, wskazując na ławkę. Kiwam głową.
Chłopak siada wygodnie i obserwuje niebo. Milczymy.
-Co tu robisz? – pyta.
Miałam nadzieję, że już nic nie powie. Uśmiecham się lekko.
-Mogłam zapytać Cię o to samo. – odpowiadam.
-To nie była odpowiedź. – mówi. Kręcę głową, niedowierzając.
-Biegam. – mówię cicho i beznamiętnie. Odwracam głowę i
zauważam kilku spacerowiczów. Parę trzymającą się za ręce. Mężczyznę z psem,
który obchodzi drzewo.
-Nie lubisz biegać? – pytam. Rudowłosy zastanawia się przez
chwile.
-Nie. Lubię leżeć i obserwować. – wyjaśnia. Nie potrafię
ukryć uśmiechu.
-Wolisz leniuchować. – To nie było pytanie.
-Bawi Cię to? – pyta bez urazy. Próbuje się uspokoić.
-Przepraszam nie chciałam Cię urazić. - wyznaje i patrzę w bok. Na ulicy zbiera się
tłum przechodniów i słychać wrzaski dzieci. Musi być późno. Spoglądam ukradkiem na Brooklyn’a. Uśmiecha się lekko a na jego ręku
siedzi ptak. Zwykły ,mały, szary wróbel, który zaciekawiony patrzy na chłopaka.
Marszczę lekko brwi, zdziwiona jak również
i zafascynowana.
-Muszę iść. – Nagle wstaje. Chłopak nie zwraca na mnie uwagi
i przygląda się pierzastemu stworzeniu. Wzruszam ramionami i biegnę w kierunku
hotelu. Nie odwracam się za siebie ani razu.
Wkraczam do hotelu i idę do pokoju, przebrać się. Wracam po
chwili i udaje się do jadalni. Przystaje
na progu i szukam wzrokiem mojej drużyny. Zauważam ich. Pochłonięci w rozmowie
z dwoma chłopakami z europejskiej drużyny. Marszczę brwi i powolnym krokiem idę
do stolika. Dicarlo siedzi cicho i powoli zajada sałatkę owocową. Podniosła
wzrok i zauważyła mnie. Macha do mnie. Uśmiechnęłam się. Podchodzę i bez słowa siadam na pustym
krześle.
-Cześć . –rzucam i patrzę w menu. Chłopaki przerwali
rozmowę, aby na mnie spojrzeć. Fioletowowłosy patrzy na mnie przez chwilę, po
czym odwraca wzrok.
-Chodź Johnny, musimy iść. – mówi i odchodzi z przyjacielem.
Odkładam kartę i spoglądam na Santiago. Jest trochę nie obecny.
-Może ktoś mi wyjaśnić, co oni tu robili? – pytam. Pablo
wzrusza ramionami. Czasami potrafi mnie zdenerwować i to bardzo.
- Przyszli wyjaśnić pewne kwestie. – odpowiada Rafael.
Unoszę jedną brew.
- Przyszli przeprosić? – Czarnowłosy parska śmiechem. Blondyn
patrzy na niego wymownie.
-Nie spodziewaj się po nich, czegoś takiego.
-Nie spodziewałam się. – dodaje.
-Zamówiłaś dla mnie? – Zmieniam temat i patrzę na
brązowowłosą. Dziewczyna uśmiecha się i stawia mi sałatkę owocową przed nosem.
-Dzięki.
-Nie wiem jak możecie to jeść. – odzywa się bursztynooki,
wskazując na miskę. Wzruszam ramionami.
-Normalnie. – odpowiadam.
-To wygląda jak… - Posyłam mu wrogie spojrzenie. Unosi ręce
do góry w geście obrony. Kończymy naszą rozmowę. Byłam zbyt pochłonięta jedzeniem,
aby reagować na miny Pablo. Po posiłku
wraz z brązowooką postanowiłyśmy trochę pozwiedzać. Chłopaki poszli w swoją
stronę.
Nowy York jest piękny. Licząc tylko wysokie budynki ze szkła
i stare budowle, które zachwycają swoją
konstrukcją. Słynna Statua Wolności i
niezapomniane widoki. Czego więcej pragnąć? Zmęczyłam się, oglądając do wszystko. Siadam
na ławce wraz z Palomą. Wokół nas kręcą
się ludzie. Rozglądam się i szukam znajomych twarzy. Nikogo nie znam. Szatynka
łapie mnie za ramię i skutecznie odciąga moją uwagę od przechodniów.
-Co? – pytam trochę zła. Unosi lekko palec i celuje przed
siebie. Podążam wzrokiem za jej znakiem i zauważam Julie. Idzie z bratem i
jakimś mężczyzną. Rozmawiają i
najwyraźniej dziewczyna jest zirytowana.
Zatrzymuje się i tłumaczyć coś czerwonowłosemu. Nagle zamiera a jej wzrok
zatrzymuje się na mnie. Marszczy brwi i milknie. Odwracam wzrok.
-Chyba tu przyjdzie. – mówi brązowooka.
-Po co? – pytam. Nie rozumiem tej Hiszpanki. Przyjaciółka
nie odpowiada. Słyszę kroki a potem padł na mnie cień. Podnoszę wzrok i widzę
Fernandez. Oczy jej błyszczą a twarz jest bez wyrazu.
-Tak? – pytam. Wiem, że to nie ładnie ignorować ludzi choć
czasami mnie męczą.
-Ty! – warknęła. Nie odezwałam się. Walczyłyśmy na
spojrzenia. Żadna z nas się nie ugięła. Brązowowłosa wyciąga dysk i pokazuje
przed moją twarzą.
-Walcz ze mną. – mówi stanowczo. Ruch nagle zamiera.
Zauważam za plecami dziewczyny Raul’a i zapewne ich opiekuna. Czekają. Kręcę
głową.
-Nie. – mówię i nie zamierzam się tłumaczyć. Jej twarz czerwienieje
od gniewu i upokorzenia. Pozostaje niewzruszona. Przez chwilę stoi i milczy. Na
jej ustach błąka się uśmiech.
-Boisz się? – Wzruszam ramionami i całkowicie ją ignoruje.
Cicho prycha. Próbuje udawać spokojną, ale jej nie wychodzi. Żadnej reakcji z mojej strony. – Dlaczego nie
chcesz walczyć?
-Bo nie mam ochoty. – odpowiadam zgodnie z prawdą. Przez
chwilę taksuje mnie spojrzeniem po czym odchodzi wkurzona. Widzę jak brat
próbuje ją uspokoić. Popycha go na blondyna a sama znika w tłumie.
-Można by rzecz, że jest trochę rozczarowana. – mówi
Dicarlo. – Idę do sklepu, chcesz coś? – pyta i wstaje z ławki.
-Tylko wodę. – Dziewczyna kiwa głową i kieruje się w stronę
małego budynku. Wzdycham.
- I znów pakujesz się w kłopoty. – słyszę głos przy uchu.
Odwracam głowę i napotykam purpurowe tęczówki osobnika. Stoi za ławką i jak zawsze trzyma splecione dłonie na
klatce piersiowej. Dziwuje się, że on zawsze tak chodzi.
-Nie rozumiem. – mówię. Kai kręci głową i rozprostowuje
ręce. Teraz wisiały wzdłuż jego ciało.
-Czemu nie chciałaś grać?
-Bo nie. To nie wystarczający powód? – pytam i patrzę na
niego. Przymyka oczy i siada na ławce. Milczy. A ja czekam na to co powie,
jeśli cokolwiek powie. Wiatr bawi się jego włosami, które zasłaniają mu oczy.
-Wiesz, że teraz Ci nie odpuści i za każdym razem będzie
chciała z Tobą walczyć?
-Mówisz z własnego doświadczenia? – Nie potrafię ukryć
uśmiechu. Zachmurzył się. Przejrzałam go choć w tej kwestii. Sam by tak postąpił na miejscu dziewczyny.
Widocznie sportowcy nie potrafią odpuścić.
-Tylko mówię Ci co Cię czeka. – odzywa się i wstaje z ławki.
-Już idziesz? – pytam, zamiast drążyć temat. Jego twarz tężeje.
-Tak. Mam kilka spraw do załatwienia. – Odchodzi równym
krokiem a biały szalik tańczy wokół jego nóg. Kręcę głową. ‘ Bardzo ciekawy dzień ‘ – myślę.
Mija może z pięć minut, gdy wraca szatynka. Podaje mi wodę.
-Straszna kolejka. – mówi i zjada mandarynkę. Kai jest tajemniczy i to bardzo.
[Kai]
Siedzę przy stoliku i popijam małymi łykami herbatę. Kawiarnia
jest mała i schludna. Przede wszystkim jest tu cicho.
-Cześć! – słyszę znajomy głos. Nie odwracam się bo wiem kto
za mną stoi. Ciche szuranie krzesła i
brzdęk naczynia. Podnoszę wzrok na Tyson, który uśmiecha się szeroko.
-Nie mogłem Cię znaleźć. – mówi i bawi się wazonem. Widzę
jak obraca szkłem na wszystkie strony. Kiwam głową i dopijam napój, jest już
zimny. Krzywię się. Za nim odzywam się ktoś wpada na środka jak burza gradowa.
-Tyson! – Sumeragi rzuca się na Granger’a. Wygląda to komicznie
lecz nie śmieje się.
-Daichi! – Dziewczęcy głos zakłóca bójkę. Czerwonowłosy
patrzy na kogoś ponad moim ramieniem. Uśmiecha się szeroko, niepewnie po czym chowa się za plecami granatowłosego. Hilary podchodzi do nas szybkim krokiem.
Przystaje i uśmiecha się ciepło.
-Część Kai.
-Cześć . – odpowiadam, nie wiedząc co powiedzieć więcej.
Odrywa ode mnie wzrok i skupia się na Daichi’m.
-Z tobą nie skończyłam. – mówi i łapię go za ramię. Siłą
wyciąga go z kawiarni. W oddali słyszę krzyki Kenn’ego. Wzdycham cicho i patrzę
na przyjaciela. Poprawia bluzę, którą prawie ściągnął mu partner z drużyny.
-Chciałeś coś? – pytam i zastanawiam się, co chcę
granatowłosy. Patrzy na mnie trochę zaskoczony a zarazem szczęśliwy.
-Porozmawiać. – mówi i patrzy w menu. Po chwili je odkłada
na stole.
- O czym? – pytam ostrożnie i przyglądam się pustej
filiżance. Wzrusza ramionami.
- To już nie można powspominać starych czasów? – mówi. ‘To
będzie długi dzień’ – myślę.
*
Kolejny rozdział.
Data publikacji: 04 sierpnia 2013
Data publikacji: 04 sierpnia 2013
Nie mogę się doczekać dalszej części :)Kai coraz częściej spotyka Amandę, bardzo interesujące ;D
OdpowiedzUsuńHurra! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wielka była moja radość, kiedy znalazłam aktywnego bloga z opowiadaniem o Beyblade. Mnie naszło na kontynuowanie swojego, które przerwałam ponad dwa lata temu. Jednocześnie przeszukuję Internet, usiłując znaleźć aktywnych fanów Beyblade. Od jutra biorę się do czytania Twojego opowiadania. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń