Pokój, w którym przebywałyśmy, okazał się przytulny i schludny. Wszystko tu miało swoje miejsce. Niewielki, drewniany stół stał po środku pomieszczenia a tuż przy nim cztery krzesła z ciemnego drewna. Na przeciwko drzwi stała samotna komoda, na której spoczywał plazmowy telewizor. Po prawej stronie od wejścia, piętrzyły się zielone, żelazne szafeczki, w których można było przechowywać swoje osobiste rzeczy. Długa ławka, na której siedziałam była twarda i niewygodna. Z podkulonymi nogami, wpatrywałam się w przeciwległą ścianę pokoju. Oczyma duszy wciąż na nowo przeżywam wcześniejsze wydarzenia. ' Jak mogło się to stać? ' - myślałam, chcąc jakoś uporządkować myśli. Szczęk otwieranego zamka wyrwał mnie z zamyśleń. Mój wzrok od razu powędrował w stronę wejścia. Drzwi otwierały się powoli jakby osoba, która je pchnęła bała się zajrzeć do środka. Albo nie miała za dobrych wiadomości. Tępym wzrokiem patrzyłam jak drzwi otwierają się na oścież, tym samym ukazując osobę, która stała przed wejściem. Zamarłam na chwilę, widząc, jak Santiago wraz z chłopakami wchodzi cicho do pokoju. Niemal, że odchodziłam od zmysłów, czekając na rezultat negocjacji. Szybko zerwałam się z miejsca, co spowodowała, że wzrok przybyłych spoczął na mnie. Brązowowłosy stał zgarbiony, po czym na jego ustach wpełzł delikatny uśmiech.
- Musimy pogadać. - odparł nadzwyczaj spokojnie, po czym usiadł na krześle. Blondyn wraz z Pablo zajęli pozostałe dwa krzesła. Przemknęłam ślinę i na powrót rozsiadłam się na ławce. Zapadło milczenie, którego nikt nie chciał przerwać. Paloma posyłała mi ukradkowe spojrzenia pełne obawy. A ja ? Bałam się jak cholera, tego, co ma nam do powiedzenia zielonooki. Nie chciałam z góry zakładać, że jest gorzej niż było a my nie mamy prawa wziąć udziału w zawodach. Choć miałam cichą nadzieję, że jednak jest jakaś nikła szansa, aby to wszystko naprawić. Swoje ręce zacisnęłam mocno na skrawku białej spódniczki.
- Więc ? - spytałam, nagle zauważając, że całkiem zaschło mi w ustach.
- Hmm... - cicho wychrypiał. - Mamy szanse wziąć udział w zawodach, ale. - prawie się cieszyłam, że będzie dobrze. - Jesteśmy zdani na łaskę Komisji i innych zawodników. - ' No pięknie ' - westchnęłam.
Nie wiem, co było gorsze? Samo nie uczestniczenie w zawodach czy skazanie na łaskę innych? Westchnęłam przeciągle i oparłam się plecami o szafki.
- Nie jest źle.. - odparł blondyn. Uśmiechnęłam się ironicznie. Powstrzymując się od jakichkolwiek komentarzy. ' Myśli, że będzie to takie proste? ' - myślałam. Wiadomo, że teraz wszyscy będą się na nas krzywo patrzeć. Co jak co, ale nikt nie lubi jak ktoś gra nieczysto. Tylko kwestia czasu jak nam wygarną. Z drugiej strony to nie sprawiedliwe. Wierzą w słowa całkiem obcych ludzi, których nie widzieli na oczy. Choć przez myśl im nie przeszło, że to oni mogą kłamać. A te wszystkie rzeczy są wyssane z palca. Nie chciałam więcej o tym myśleć bo zaczynała mnie boleć głowa od natłoku informacji. Leniwie przeczesałam włosy wierzchem dłoni.
- Będzie dobrze. - pocieszyła szatynka. Spojrzałam na nią ukradkiem. Widziałam jak próbuje zachować spokój i opanowanie. Jednak wiedziałam, że jak wszyscy, się denerwuje. Była moją, najlepszą przyjaciółką i mogłam na nią zawsze liczyć. Nawet w tej chwili w nas nie wątpi. Pablo nerwowo stukał palcami o blat stołu, co było denerwujące. Ale nie chciała się dłużej denerwować. Czy to ma sens? Usłyszałam stłumione krzyki, które dochodziły z areny.
- Włącz telewizor. - poleciałam zielonookiemu. Santiago chwycił za pilot i wcisnął czerwony guziczek. Ekran urządzenia zalśnił, ukazując obraz wnętrza stadionu. Jezzman stał na arenie i konsultował się z wysokim mężczyzną, ubranym w garnitur. Zapewne ten człowiek zasiadał w Komisji. Przez chwilę mężczyźni naradzali się, po czym ów osobnik opuścił areną. A kamera skupiała się na brązowooki.
- Mili państwo! - zaczął. - Dzisiaj jednak nikt nie zagra z powodu pewnych komplikacji. - Tłum zawył niepocieszony. Widziałam, jak ludzie są nie zadowoleni. - Jednak jest nadzieja, że za dwa dni w godzinach popołudniowych rozpocznie się pierwszy mecz. - pocieszył brązowowłosy, mając nadzieję, że kibice będą zadowoleni. - A na dziś to wszystko. Dziękuję i do zobaczenia! - wykrzyknął Dj do mikrofonu. Kapitan wyłączył telewizor. Może i dobrze, że to zrobił. Bo poczułam się gorzej niż przedtem. Nie tylko ja czułam się fatalnie, widać, że cała drużyna jest przygnębiona. Nastała kompletna cisza. Pierwszy raz cieszę się, że nikt się nie odzywała. Te kilka minut bez rozmów, przyda się nam, aby uporządkować myśli. Przymknęłam powieki, po czym otworzyłam je powoli. Lecz nic się nie zmieniło. Zaśmiałam się cicho z własnej głupoty. Myślałam, że jeśli zamknę oczy to wszystko wróci do normy? Jasne, że nie, ale nikt nie zabroni mi tego. Miałam jednak tego dość. Wstałam i wyprostowałam się, co zwróciło uwagę reszty drużyny.
- I co idziemy? -spytałam lekko. Chłopaki spojrzeli na mnie bez wyrazu. - No co? Autobus odjedzie bez nas. - I gdybym tego nie powiedziała pewnie bym siedzieli tak do jutra rozmyślając o tej paskudnej sprawie. Santiago kiwnął głową i wstał z krzesła, po czym je podsunął bliżej stołu.
- Tak. Idziemy. - rzekł i podszedł do drzwi, naciskając na klamkę. Stał przez chwilę w bez ruchu co zdążyłam zauważyć jak również i Paloma. Po chwili potrząsnął głową jakby chciał odgonić swe myśli. Otworzył drzwi i wszyscy wyszliśmy na korytarz.
***
Wróciliśmy do ośrodka i od razu poszliśmy na swoje piętro. Zauważyłam, że w budynku jesteśmy tylko my, co oznacza, że reszta drużyn jeszcze nie wróciła. Szliśmy w ciszy, którą przerywał odgłos naszych kroków na posadzce. Doszliśmy bez przeszkód do windy. Rafael nacisnął na guzik, po czym wrota windy otworzyły się. Weszliśmy do małego pomieszczenia, a drzwi zamknęły się. Winda ruszyła. Nadal nic nie mówiliśmy. Bo co? Jednego czego chciałam to wziąć długi prysznic i położyć się na wygodnym łóżku. Odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam charakterystyczny dźwięk. Winda stanęła. Drzwi odsunęły się, a my weszliśmy na nasz korytarz. Zaraz sobie jednak uświadomiłam, że jeśli zawodnicy nie zgodzą się to my opuścimy to miejsce. Nagle posmutniałam. Bardzo chciała, aby nasz powrót okazał się prawdziwą sensacją. Bo z tego co zdążyłam zauważyć nikt nas nie pamięta, co jeszcze bardziej mnie dołuje. Ale czegóż mogłam się spodziewać? Nawet nie zauważyłam, kiedy chłopaki zniknęli w swoich pokojach. Zostałam sama z Dicarlo. Zatrzymałyśmy się przed swoim pokoju. Szatynka otworzyła drzwi po czym zniknęła w środku a ja podążyłam za nią.
Położyłam się na łóżku, wygodnie się rozkładając. Moja przyjaciółka zaś usiadła na pościeli. Przez chwilę patrzyła na swoje buty, po czym podniosła wzrok na mnie. Spoglądałyśmy na siebie, nie wiedząc co powiedzieć. Nie mogłam wymyślić, żadnego ciekawego tematu do rozmowy, bo wciąż ta sprawa z nieczystą grą wracała. Jak zły koszmar, który nigdy się nie kończy. Choć może nasz zakończy się dość wcześniej.
- Słuchaj Amanda. - głos koleżanki wyrwał mnie z zamyśleń. Zerknęłam na nią zaskoczona. - Jest mi....
- Paloma, dość. - szepnęłam. Tego jeszcze brakowało, że szatynka litowało się nade mną. Bo przecież to nie nasza wina?
- Ale.... - zaczęła, lecz nie pozwoliłam jej skończyć. Wstałam i usiadłam na swoim posłaniu. Spojrzałam na nią swymi fioletowymi oczyma.
- Wiem, że Ci przykro, ale nam to nie pomorze. Po za tym nie spodziewałam się, że będą na początku problem. I to taki. Nie wiem, co ta drużyna nagadała Komisji, ale bądź pewna ja się nie poddam. Nie dam, aby zniszczyli naszą drużynę. - mówiłam, wpatrując się w nią intensywnie. Widziałam jak jej twarz wyraża zaskoczenie. - Coś się wymyśli. - odparłam sama nie widząc, co dokładnie miałam na myśli. Jednak wiedziałam, że muszę walczyć o nasze dobre imię. A jacyś idioci na pewno nie zniszczą nas. Paloma siedziała przez chwilę w milczeniu, po czym zaśmiał się perliście. Zmarszczyłam brwi.
- Wiedziałam, że tak powiesz. - powiedziała, ścierając kciukiem łzy, które zebrały się w jej kącikach oczu. - Myślałam, że się załamałaś. Chociaż jednak pokazujesz chart ducha. Ale nie wiem jak reszta. - powiedziała ciszej. Miała rację. Chłopaki nie wyglądali za wesoło i zapewne będzie trudno namówić ich do współpracy, lecz to będzie na mojej głowie. Bo czy kiedykolwiek ja nie osiągałam swych celów? Nie ma takiej opcji. Wszystko musi się udać. Uśmiechnęłam się promiennie.
- Będzie ciekawie.
***
Starszy mężczyzna o przenikliwych oczach, siedział skulony na krześle. Powoli powiódł wzrokiem po osobach znajdujących się w sali. Westchnął cicho, kiedy okazało się, że wszyscy są.
- Zapewne wiecie w jakiej sprawie się spotykamy ? - odparł, mając nadzieję, że nie będzie musiał tego wszystkiego tłumaczyć.
- Nie zupełnie. - powiedział Tyson, drapiąc się po głowie. Staruszek westchnął zrezygnowany, po czym rozwinął swoją myśl:
- Chodzi mi o tą nową drużynę Black Dragoons. Prawdopodobnie oszukiwali w poprzednim meczu wyłaniającym reprezentantów Argentyny do Mistrzostw Świata. Kapitan owej drużyny, która również ubiegała się o wzięcie udziałów w zawodach zawiadomił mnie o tym nie fortunnym wypadku dzisiaj. Jednak... - po raz kolejny raz westchnął, to będzie najtrudniejsza część. - Wszystko jest już ustalone i nie bardzo pasuje, aby wyeliminować drożynę jednak nie przeczę to, co zrobili jest....
- Nie sportowe. - pośpieszył w podpowiedzią fioletowłosy.
- Tak. - przyznał Pan Dickenson. - Nie wiem, co zrobić w tej sprawie, dlatego wezwałem was, gdyż chcę znać wasze zdanie. Czy drużyna Black Dragoons ma wziąć udział w zawodach, czy nie? - zakończył swą przemowę i zamilkł, oczekiwał teraz wypowiedzi innych kapitanów.
- Dość nie typował sytuacja. - odparł szarowłosy chłopak.
- Dla mnie wszystko jasne. - powiedział Granger, który odchylił się na krześle. Reszta spojrzała na niego oczekując wyjaśnień. - Jeśli oszukiwali powinni być zdyskwalifikowani. - Stanley zmarszczył brwi.
- A ty Robercie? - spytał. Jurgen siedział z założonymi rękami na klatce piersiowej i przymkniętymi oczami. Intensywnie myślał nad odpowiedział, jednak było tylko jedno wyjście.
- Muszę poprzeć Tysona. - rzekł po dłużej chwili. - Tak nie można. - Szarowłosy pokiwał głową.
- Dobrze się zastanowiłeś Robert ? - spytał siedzący obok niego Johnny. - Może mieli jakieś swoje pobudki ? - niepewnie odpowiedział.
- Ciekawe jakie? - spytał spokojnie i usiadł wygodnie na krześle. - Chyba tylko to, że chcieli znaleźć się wśród nas? - Mcgregor zamilkł.
- A ja uważam, że powinno dać się im szanse. - rzekł niespodziewanie rudowłosy chłopak.
- Brooklyn? - spytał kapitan BEGI.
- Tak, po za tym nie jesteśmy pewni, czy ów kapitan tej drużyny mówi prawdę. - odparł inteligentnie.
- Uważasz, że kłamie? - spytał niepewnie Lee. Nastała cisza. Nawet Dickenson zaczął się zastanowić nad wypowiedzią niebieskookiego. Może w tym jest trochę prawdy. Jednak....
- Chciałabym, abyście dobrze to przemyśleli. I chcę znać odpowiedź teraz.
- BladeBreakers?
- Nie.
- White Tigers?
- Hm...nie chcę być okropny. - rzekł spokojnie Ray. - Damy im szanse.
- All Stars.
- Nie.
- The Majestics? - spytał Stanley.
- Niech będzie...- odparł znudzony fioletowłosy. - Jesteśmy na tak.
- BEGA
- Tak.
- F-Dynast?
- Stanowczo NIE. - oznajmiła jedyna dziewczyna w tym pomieszczeniu. Brat poparł ją skinieniem głowy.
- Barthez Battalion?
- Nie. - Miguel pokręcił głową.
- Blitzkreig Boys? - spytał staruszek z drżącym głosem. Ten głos był ostateczny. Jeśli się nie zgodzą, Black Dragoons będą wyemilinowani. Tala siedział niewzruszony na krześle, nie mając ochoty odpowiedzieć.
- Tak. - Ta odpowiedź wywołała nie mają sensację. Tym bardziej, że nikt nie spodziewała się po nich takiej odpowiedzi. Ivanov spojrzał groźnym wzrokiem na popielatowłosego. Kai jednak pozostał niewzruszony i unikał wzroku kapitana.
- Hm...to jest 4:4. - odparł po chwili wahania Pan Dickenson. Nie rozwiązywało to jednak problemu.
- Jeszcze raz będziemy głosować? -spytał milczący Kenny, na którego kolanach spoczywał laptop. Mężczyzna pokręcił głową.
- Cóż, jeśli pozwolicie chciałabym też się wypowiedzieć. - Wszyscy zamilkli wpatrując się w staruszka.- Znam tą drużynę tym bardziej pewną osobę i wiem, że są oni dobrymi zawodnikami przestrzegającymi pewne zasady. Nie wierzę w te oszustwo. Ale chciałem znać wasze zdanie. - Tyson zmarszczył brwi.
- Czyli jednak z góry było ustalone że zostają? - spytał dobitnie.
- Nie zupełnie. - oznajmił Dickenson. - Sam nie mogłem podjąć takiej decyzji lecz jest wśród Was znaleźli się tacy, którzy im wierzą to jestem niezmiernie szczęśliwy. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Dziękuję wam za przybycie i nie będę dłużej was zatrzymywał. - odrzekł na koniec. Zawodnicy wstali i każdy po kolei wyszedł z pomieszczenia.
Od Autorki: Kolejny rozdział za mną. Mam nadzieję, że się spodoba.
Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz